Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Marcin Witkowski: Kolumbia - niekończąca się opowieść o przemocy


13 wrzesień 2005
A A A
W sierpniu G. Bush gościł na swoim prywatnym rancho w Crawford prezydenta Kolumbii Alvaro Uribe. Nie każdy polityk w C.V. może sobie wpisać statut gościa teksańskiej posiadłości Busha. Ten zaszczyt przypada jedynie najbliższym sojusznikom i przyjaciołom USA. A w lewicującej i coraz bardziej antybushowskiej Ameryce Łacińskiej, Kolumbia jest jednym z nielicznych proamerykańskich krajów. Tym bardziej zaproszenie Uribe dla Stanów Zjednoczonych wydaje się potrzebne i wskazane. Wskazane tym bardziej, iż Kolumbia od lat jest targana wojną partyzancką, powodującą zamęt w regionie. Są jeszcze narkotyki, które zalewają rynek Stanów Zjednoczonych.

Wizyta odbyła się w serdecznej atmosferze. Bush zapewniał o wielkiej przyjaźni i pomocy dla latynoskiego kraju. El Tempo i La Republica cytują słowa Busha, które dla Uribe muszą być przyjemne: "nasz sojusz strategiczny jest sprawą witalną dla bezpieczeństwa, dobrobytu i wolności obu naszych państw". Są przyjemne, ponieważ oznaczają wsparcie finansowe i militarne. Po to przyjechał Uribe do Busha. Tematem priorytetowym była walka z narkobiznesnesem oraz – co się łączy – z partyzantką. Po licznych politycznych gestach, przyszły konkretne zapewnienia. Uribe został poinformowany, iż Plan Kolumbia – w wyniku którego kraj latynoski otrzymał około 4 mld USD – będzie kontynuowany i na rok 2006 fundusz wyniesie 742 mln. USD. Pierwotnie pieniądze miały jeden cel: walka z produkcją i handlem narkotykami. Obecnie program jest szerszy i dotyczy wszelkich działań wojskowych czy pomocy społecznej. Walka z narkobiznesem jest uzasadniona również dlatego, iż handel narkotykami jest głównym źródłem finansowania działalności antyrządowej partyzantki. Głównym celem Planu Kolumbia jest zlikwidowanie źródła dochodów i doprowadzenie tym samym do uległej postawy guerillas wobec rządu. Generalnie uważa się, iż Plan Kolumbia nie odegrał i nie odgrywa tak znaczącej roli jak powinien. Owszem udało się ograniczyć produkcję liści koki, jedna z partyzantek obwieściła zawieszenie broni, ale wojna wciąż trwa, a narkotykowi kolumbijscy baronowie zarabiają fortuny dzięki zapotrzebowaniom rynku Stanów Zjednoczonych na biały proszek. Około 90% kokainy, która trafia do USA pochodzi z Kolumbii. No właśnie, to amerykański popyt na narkotyki jest jednym ze sprawców małej skuteczności Planu Kolumbia. Gdyby nie dolary z północy, uprawa liści koki stała by się branżą nieopłacalną.

W wojnie domowej zginęły już setki tysięcy osób. Terror trwa nieprzerwanie, aczkolwiek z różną intensywnością od 1948 roku, czyli już od prawie 60 lat. Ale właściwe lewicowe grupy partyzanckie powstały w latach 60-tych, na bazie frustracji rządów Partii Liberalnej. Społeczeństwo wówczas przyjęło masowo ideologię socjalistyczną, co musiało budzić niepokój Stanów Zjednoczonych. Wówczas hasłem sztandarowym były typowe postulaty reform socjalnych, a obecnie nikt już nie wierzy w ideały partyzantów: liczy się wyłącznie zysk własny.

Są trzy główne ugrupowania zbrojne oraz siły rządowe. Tu nie ma stałych frontów, stałych sojuszy, kodeksu honorowego. Też nie do końca wiadomo, kto jest po stronie ciemnych mocy, a kto reprezentuje tych dobrych. Nie zawsze bowiem rząd postępował uczciwie, a prawie nigdy uczciwie postępowała partyzantka. I ten rząd Uribe, który zdecydował nie ustępować guerillas i stosować taktykę spalonej ziemi, co się podoba zmęczonym już ciągłą walką obywatelom Kolumbii, ma na sumieniu łamanie praw człowieka, co skrupulatnie odnotowują wszelkie organizację ochrony praw człowieka, co również zostało przypomniane Bushowi, gdy ten gościł Uribe w swojej posiadłości. Sekretarz Stanu Condoleezza Rice oświadczyła wówczas, iż zarówno rząd, jak i siły zbrojne spełniają standardy praw człowieka, a Bush dodał, iż trzeba wziąć pod uwagę wyjątkową sytuację w Kolumbii i fundusze przyznał.

Najstarszym, powstałym w 1964 roku, ugrupowaniem partyzanckim jest lewicowy FARC (Fuerzas Armada Revolucionarias de Columbia-Ejercito del Pueblo), czyli Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii – Armia Ludowa. Były one zbrojnym ramieniem Komunistycznej Partii Kolumbii-Armia Ludowa. Organizacją kieruje Manuel Marulanda. FARC obecnie posiada około 18 tys. żołnierzy, którzy kontrolują do 40% terytoriów Kolumbii. Ideologicznym celem tej partyzantki jest stworzenie państwa bazując na zasadach marksizmu, innymi słowy: partyzanci walczą z kapitalizmem, z bogaczami, z USA, z wszelkim międzynarodowymi korporacjami. Zarabiają dzięki narkotykom i porwaniom.

Dwa lata po powstaniu FARC, Fabio Vasquez, który odbył specjalne szkolenie na Kubie, założył drugą lewicową organizację – Armię Wyzwolenia Narodowego (Ejercito de Liberacion Nacional, w skrócie ELN). Nie Vasquez jednak stał się symbolem ELN, a ksiądz Camilo Torres, który zginął podczas jednych ze starć z wojskiem. Po jego śmierci linię ideologiczną przejął inny duchowny z Hiszpanii, Manuel Perez, który połączył doktryny komunizmu z chrześcijaństwem i na podstawie własnych przekonań zabronił ELN handlować narkotykami i ich zażywać. Obecnie organizacja liczy około 4 tys. partyzantów, dowodzona jest przez Nicolasa Rodrigueza (Manuel Perez zmarł w 1998 roku), walczą podkładając bomby niszcząc infrastrukturę kraju.

Na skomplikowanej scenie kolumbijskiej znalazło się miejsce i dla prawicowej partyzantki, czyli Zjednoczonych Sił Samoobrony Kolumbii (Autodefensas Unidas de Columbia, czyli AUC). Jest to zlepek organizacji paramilitarnych, które zjednoczyły się zauważając zagrożenie ze strony lewicowej partyzantki. W latach 60-tych rząd nie był w stanie ochronić właścicieli ziemskich i dlatego ci, w obronie własnych majątków, sami się militarnie zorganizowali tworząc paramilitares. Gdy w 1994 roku zginął jeden z liderów paramilitares – Fidel Castano – władzę przejął jego brat Carlos Castano, któremu udało się zorganizować armię liczącą 10 tys. bojowników, która zawarła nieformalny sojusz z siłami rządowymi. Również i AUC nie gardzi pieniądzem pochodzącym z handlu narkotykami. Obecnie AUC postanowił się ujawnić i wszcząć negocjacje z władzami państwa, która w opinii partyzantów jest wystarczającą by chronić paramilitares przed FARC. Chronić, ale nie wszędzie i dlatego nie wszyscy złożyli broń.

10 grudnia 2004 roku szefowie AUC podpisali porozumienie z rządem, w wyniku którego dojdzie do demobilizacji paramilitares. Jest to niewątpliwy sukces rządu Uribe, ale nie będzie łatwo w pełni wyegzekwować postanowienia porozumienia dopóki broń będzie w rękach lewicowej partyzantki, a ta wydaje się być nadal silna pomimo sukcesów militarnych rządu i pomimo drastycznie niskiej popularności FARC wśród Kolumbijczyków. Zaledwie 5% z nich popiera działalność FARC. Dla porównania, prezydent Uribe cieszy się blisko 70% popularnością mimo, że jego polityka twardej ręki wobec partyzantki, narusza prawa człowieka. Ale to się nie liczy dla zwykłego Kolumbijczyka, który od prawie 60 lat musi uważać na własne życie. Abstrakcyjne pojęcie praw człowieka nie jest płaszczem chroniącym jego samego, czy jego rodzinne przed kulami partyzantki - bardziej przekonujący jest silny i stanowczy prezydent, który uznając makiawelistyczną zasadę, iż cel uświęca środki, wierzy w swój sukces i możliwość zapewnienia pokoju w kraju wiecznej wojny domowej.

Na podstawie: Stosunki Międzynarodowe, BBC