Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Marek Rutkowski: Thaksin kontratakuje

Marek Rutkowski: Thaksin kontratakuje


31 marzec 2009
A A A
Pod koniec marca protesty zwolenników Thaksina Shinawatry osiągnęły niespotykane rozmiary. Były premier podgrzewa atmosferę, nie bacząc że jego ostatnie działania mogą zdestabilizować Tajlandię, w której liczba jego wyznawców równa jest liczbie przeciwników.

W grudniu ubiegłego roku można było mieć nadzieję, że najgorszy etap politycznego kryzysu Tajlandia ma już za sobą. Sąd Konstytucyjny nakazał rozwiązanie Partii Władzy Ludu (PPP), Ludowy Sojusz na rzecz Demokracji (PAD) zakończył okupację lotnisk w Bangkoku, a Abhisit Vejjajiva sformował nowy rząd. Niestety pod koniec marca 2009 protesty zwolenników PPP i Thaksina Shinawatry – tzw. „czerwonych koszul” - osiągnęły niespotykane od grudnia rozmiary. Przemawiający z telebimu  Thaksin zapowiedział, że w razie użycia siły przez władze,  powróci do kraju i przyprowadzi więcej demonstrantów do Bangkoku.

Aby zrozumieć dynamikę wydarzeń na polityczno-społecznej scenie Tajlandii należy cofnąć się do roku 2006, kiedy wojskowy zamach stanu odsunął od władzy Thaksina, premiera, którego partia Tajowie Kochają Tajów (TRT) zwyciężała w trzech kolejnych wyborach parlamentarnych (2001, 2005 i 2006, ostatnie przy bojkocie opozycji).

TRT Thaksina (potentata medialnego i telekomunikacyjnego) była początkowo partią klasy biznesowej silnie doświadczonej skutkami kryzysu azjatyckiego, z czasem jednak jej wyborczym bastionem pozostały biedne wiejskie regiony północnej i północno-wschodniej Tajlandii, otwarte na populistyczną politykę premiera.

Od Thaksina odwrócił się dawny sojusznik, również magnat medialny, Sondhi Limthongkul, który na początku 2006 powołał PAD protestując przeciwko autorytaryzmowi, konfliktom interesów i korupcji w łonie rządu. Sondhi ubrał swoich zwolenników w żółte barwy króla Bhumibola i ogłosił, że kampania przeciw Thaksinowi jest walką w obronie monarchii.

Król, stojący poza bieżącą polityką, miał powody by poprzeć ten ruch, tradycyjnie to do niego należała opieka nad biedną ludnością wiejską, a Thaksin, potrzebując wyborczego poparcia, niejako rzucił mu wyzwanie w walce o serca i umysły ludu. Ze strony pałacu królewskiego aktywną rolę odegrał gen. Prem Tinsulanonda, były premier, a obecnie przewodniczący Tajnej Rady królewskiej. Udział pałacu we wrześniowym zamachu stanu jest jednak oficjalnie konsekwentnie dementowany.

Wojskowy zamach z 19 września 2006, któremu przewodził gen. Sonthi Boonyaratkalin, został bardzo szybko zatwierdzony przez monarchę, żołnierze demonstrowali lojalność wobec króla nosząc na mundurach żółte kokardy. Pierwszy premier został mianowany bezpośrednio z Tajnej Rady.

Kiedy jednak pod koniec 2007 roku odbyły się wybory parlamentarne, zwycięstwo, dzięki poparciu regionów wiejskich, odnieśli skupieni w nowej Partii Władzy Ludu (PPP) zwolennicy Thaksina. Przeciw nim ponownie zaprotestował PAD, w kulminacyjnym momencie przez 9 dni blokując dwa lotniska w Bangkoku. Protesty ustały, gdy w grudniu 2008, w kontrowersyjnej decyzji, Sąd Konstytucyjny nakazał rozwiązanie PPP pod zarzutem oszustw wyborczych, a premier Somchai Wongsawat (prywatnie szwagier Thaksina) otrzymał zakaz udziału w życiu politycznym na okres pięciu lat. Przywódca opozycyjnej Partii Demokratycznej – Abhisit Vejjajiva sformował rząd dzięki poparciu m.in. grupy Newina Chidchoba (dawnego sojusznika Thaksina), która opuściła PPP. Sam Thaksin, od czasu Igrzysk Olimpijskich w Pekinie pozostający poza granicami kraju, w międzyczasie został skazany na 2 lata więzienia pod zarzutem konfliktu interesów.

W czasie rządów wojskowych, a potem w czasie kryzysu wywołanego protestami PAD, „w obronie demokracji,” Thaksina i PPP wystąpiła  grupa tzw. „czerwonych koszul,” skupiona wokół Zjednoczonego Frontu na rzecz Demokracji przeciwko Dyktaturze (UDD). Kontynuuje ona swoją działalność po zmianie rządu stymulowana przez samego byłego premiera, który z zagranicy przemawia do zwolenników za pośrednictwem przekazów audio i wideo. Głównym celem jest odwołanie obecnego gabinetu i wymuszenie przedterminowych wyborów oraz osądzenia winnych zeszłorocznej blokady lotnisk. Na celowniku jest też minister spraw zagranicznych Kasit Piromya, który aktywnie wspierał PAD w tamtym czasie. Demonstrujący uważają rząd Abhisita za niedemokratyczny, gdyż utworzony w efekcie zakulisowych gier politycznych, a nie w wyniku wyborów.

W ostatnich dniach protesty osiągnęły poziom niespotykany od grudnia, wybuchły nie tylko w Bangkoku, ale i w 11 prowincjach (głównie w północnej i północno-wschodniej Tajlandii).  Thaksin zaczął z telebimu bezpośrednio oskarżać gen. Prema o udział w zamachu 2006 oraz w odsunięciu dwóch premierów PPP w 2008 roku. Oskarżenia padły też pod adresem wojska i Sądu Konstytucyjnego. „Ten rząd został powołany w wyniku cichego zamachu stanu. To nie jest demokratyczny rząd. Zamach został dokonany przez Sąd Konstytucyjny, wojsko i przewodniczącego Tajnej Rady” mówił do swych zwolenników w poniedziałek (30.03.). „Odbierzemy naszą demokrację z rąk Tajnej Rady, wojska i biurokratów. Chcemy demokracji, która zapewni nam pomyślność” dodał. Thaksin zapowiedział też, że w razie wybuchu przemocy on sam stanie na czele protestujących.

Dotychczasowa reakcja rządu jest bardzo umiarkowana, zezwolono na demonstracje dopóki demonstrujący nie łamią prawa. Nie odpowiedziano też w zdecydowany sposób na zarzuty byłego premiera. Do tej pory Abhisit nie zdecydował się na wprowadzenie stanu wyjątkowego, co czynili jego poprzednicy z PPP w kontekście protestów PAD. Możliwe, że także to zachęciło „czerwone koszule” i Thaksina do większej aktywności. Sytuacja może się zaostrzyć, gdyby doszło do konfrontacji demonstrantów z siłami rządowymi, co protestujący mogą celowo prowokować.

Trudno odmówić racji części wysuwanych przez Thaksina zarzutów, szczególnie w kwestii politycznej roli pałacu królewskiego, która w Tajlandii stanowi tabu. Nie zmienia to faktu, że były premier unika odpowiedzialności, chroniąc się za granicą przed wyrokiem sądu, a jego ostatnie działania mogą doprowadzić do destabilizacji w kraju, w którym liczba jego wyznawców równa jest liczbie zagorzałych przeciwników. Dużo może zależeć od reakcji premiera Abhisita, który do tej pory stara się działać bardzo ostrożnie, zgodnie z literą prawa. Czas pokaże, czy rozwój wydarzeń doprowadzi do zachwiania jego rządu. Na razie premier wyrusza do Londynu na szczyt G-20, otwartym pozostaje pytanie co czeka go po powrocie do kraju.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.