Śmiecie na Krecie
-
Unia&Polska
Polacy są jednak skłonni do przesady. Do tłumaczenia zjawisk politycznych, cywilizacyjnych i społecznych ich domniemaną drugą naturą. Skrytą, duchową, niezrozumiałą, a czasem nawet spiskową. Do naszych gorących głów, szczególnie jesienią, opornie docierają wyjaśnienia najprostsze i najbardziej racjonalne. Obawiamy się, że wyjdziemy na prostaczków, jeśli damy im wiarę.
Są i tacy wśród nas, którym publiczne zapotrzebowanie na szukanie drugiego i trzeciego dna jest na rękę. Skoro Polacy chcą bać się ciemnych i niezidentyfikowanych sił czyhających na nas za każdym rogiem, to nic prostszego przecież, jak zrobić na tym interes. I robią: wszelkiej maści outsiderzy, którym zbieg okoliczności pozwala na chwilę zabłysnąć. Są wśród nich i tak zwani poważni politycy, i - co dużo smutniejsze - uważający się za równie poważnych, dziennikarze.
Oto mamy kolejny spektakl polskiego teatru absurdu. Wraca on co roku i stał się już stałym elementem jesiennego sezonu. A imię jego bynajmniej nie "czterdzieści i cztery", lecz "publikacja raportu okresowego Komisji Europejskiej o stanie przygotowań Polski do integracji". Najpierw recenzenci spekulowali, czy, jak dotychczas, z uwagi na polityczny imperatyw oceny będą dla nas pobłażliwe, czy wręcz odwrotnie; ze względu na iracką i nicejską "niesubordynację" zostaniemy złośliwie napiętnowani.
Stanęło na drugim wariancie. Z gardeł, uznających się za pryncypialne i zasadnicze, rozległ się ryk, że to złośliwe sprzysiężenie, mające pognębić nas moralnie, gospodarczo i politycznie. I choć zadaniem dla szaleńca byłoby udowodnienie, że jesteśmy świetnie przygotowani do integracji, że zakończyliśmy już implementację prawa i znakomicie działają wszystkie potrzebne instytucje... przecież nie o to chodzi. Do wzięcia jest wciąż pula lęku i niewiedzy. Dlatego, rozsądni wydawałoby się obywatele, potrafią powiedzieć, że godność Polaka nie pozwala im przyjąć do wiadomości treści raportu, wysmażonego przez "onych".
Nie spostrzegli niuansu, że od wygranego referendum już nie ma "onych", a coraz bardziej jesteśmy "my".
Dla kreatorów strachu decydujące znaczenie ma jednak coś innego. Takie mianowicie pomieszanie spraw i wątków, by publiczność przyznała im rację. I klasnęła: tak, chcemy jeść mięso z brudnych ubojni, bo to nasza racja stanu, bo nasze żołądki do tego przywykły, a dla nas najważniejsza jest godność, której nikomu nie pozwolimy szargać. Przestrzelimy sobie stopy, lecz nie pozwolimy by obcy węszył po naszych podwórkach.
Przed kilku laty Komisja Europejska prosiła Grecję, by ta uprzątnęła nielegalne wysypisko śmieci na Krecie. Długo nie skutkowało. Grecy wzięli się do sprzątania dopiero po nałożeniu surowej kary. Czy grecka godność doznała uszczerbku? Nie. Zwątpić raczej można w grecki rozsądek. Wszak eurokratom nie dlatego przeszkadzały śmiecie na Krecie, że chcieli tam właśnie urządzić sobie piknik. W rubrykach, które codziennie mozolnie wypełniają, kłuła ich oczy informacja o nielegalnych odpadach, które, według europejskiego prawa, nie powinny się tam znajdować. Lecz najbardziej owe brudy powinny były przeszkadzać ludziom mieszkającym w sąsiedztwie!
Wydaje się, że przez pryzmat śmieci najłatwiej będzie nam także uporządkować metodologiczne kłopoty z pojęciem suwerenności. Mamy oto problem z równaniem: suwerenność obywatelska versus suwerenność narodowa. Czy jesteśmy na tym etapie cywilizacyjnego rozwoju, kiedy potrafimy, jako naród, obrazić się na, że instytucja zewnętrzna wytyka nam bałagan? Czy też raczej jako obywatele potrafimy się cieszyć, że znalazł się skuteczny bat na różnego autoramentu rodzimych dygnitarzy, którzy uporczywie nie chcą nas słuchać? Coraz więcej procesów, które III Rzeczpospolita przegrywa ze swymi obywatelami przed międzynarodowymi trybunałami, wskazuje raczej na tę drugą odpowiedź.
Jeden z polskich polityków postuluje, by wejście do Unii porównać z mobilizacją w 1920 roku. Przeżywaliśmy w ostatnich latach wiele nieudanych mobilizacji; jak ta, by koronować Chrystusa Króla przed nawałą bolszewicką, czającą się za projektem konstytucji III RP. Udało się. Dlatego, choć razi to bojowe porównanie, jeżeli tylko Polacy dzięki niemu zrozumieją, że sprzątają swoje śmiecie dla siebie, ruszajmy do szarży. Pamiętajmy jednak, by oszczędzać konie, bo ta ofensywa trwać będzie dziesięciolecia.


Wolność w szwedzkim modelu państwa opiekuńczego