Z dacią do ęuropy
-
Unia&Polska
Ulice są bogato udekorowane unijnymi flagami, ale w mieście dominują rozpadające się dacie i konne zaprzęgi.
Wrażeniami z wakacji dzieli się
KRZYSZTOF ISZKOWSKI
Na pierwszej stronie rumuńskiego "dziennika antykorupcyjnego" "Gardianul", nazwą i szatą graficzną nawiązującego do brytyjskiego "The Guardian", 15 sierpnia pojawiły się obok siebie dwie informacje. Po pierwsze, tysiące obywateli Mołdawii, w nadziei na wiążące się z tym ułatwienia w podróży po Europie, wystąpiło o przyznanie rumuńskiego obywatelstwa. Po drugie, międzynarodowe badania porównawcze wykazały, że statystyczny Rumun zużywa rocznie trzydzieści razy mniej papieru toaletowego niż Europejczyk z Zachodu (0,6 kilo wobec 17 kilogramów przypadających na Holendra, 18 na Hiszpana, 20 na Francuza).
Te dwa przypadkowo zestawione doniesienia dobrze opisują pozycję Rumunii - ambicje, deklaracje, dążenia, a nawet niektóre akty prawne czynią z niej członka zachodniej wspólnoty, lecz rzeczywisty dystans cywilizacyjny pozostaje.
Flagi i kserokopie
Zwiedzając Transylwanię (Siedmiogród), trudno nie zwrócić uwagi na jej bogate, jednoznacznie europejskie dziedzictwo kulturowe - zamki węgierskich arystokratów, średniowieczne miasta wzniesione przez saskich osadników, gotyckie kościoły... Nie da się również uniknąć widoku kombinatów przemysłowych, zlokalizowanych w górskich dolinach i zamieniających krystalicznie czyste potoki w śmierdzące ścieki, ani ogólnego nieporządku, który chyba tylko częściowo stanowi dziedzictwo komunizmu.
Mimo że Rumuni mają opinię największych euroentuzjastów wśród obu kandydatów do członkostwa w UE (popiera je 80 procent obywateli), zainteresowanie rozszerzeniem jest znikome. W księdze gości braszowskiego Centrum Informacji Europejskiej przybywa jeden wpis dziennie. Pracująca tam Monica Pantazi mówi, że wiedza o Unii jest mała, a deklarowane poparcie wynika z przekonania o wymiernych materialnych korzyściach płynących z członkostwa.
Niektórzy nie odróżniają nawet wstąpienia do Unii od zniesienia na początku zeszłego roku wymogu wizowego przy podróżach do państw strefy Schengen. Od tamtej pory na ulicach przybyło zachodnich samochodów przywiezionych przez Rumunów pracujących na czarno we Włoszech, Francji czy Hiszpanii.
Stosunkowo dużym zainteresowaniem cieszą się programy unijne wspierające finansowo działalność organizacji pozarządowych i akademickich. Rumunia jest biedna, a dostęp do krajowych środków, w powszechnej opinii, uzależniony jest od nieformalnych powiązań i układów. Samo Centrum, otwarte 9 maja i mieszczące się w reprezentacyjnym budynku na staromiejskim rynku, nie ma zbyt wiele do zaoferowania - po rumuńsku ulotki dostępne są w tylko w formie kserokopii, a te po angielsku, przysłane z Brukseli, do wglądu na miejscu.
Piewca Ceaucescu
W wyborach prezydenckich pod koniec roku 2000 Corneliu Vadim Tudor, lider skrajnych nacjonalistów (wcześniej, w czasach komunizmu, zajmujący się pisaniem wierszy wysławiających Nicolae Ceaucescu), zdobył jedną trzecią głosów. Jego Partia Wielkiej Rumunii stała się drugą siłą w parlamencie. Tudor nie przeciwstawia się integracji (również on uważa ją za "poszerzanie sfery dobrobytu"), lecz inne punkty jego programu są z nią nie do pogodzenia.
Sukces Wielkiej Rumunii zbudowany został na hasłach antysemickich i antycygańskich, na strachu przed powrotem Węgrów i Turków oraz na złudzeniach, że powrót Rumunów do Czerniowiec, Besarabii i do ukraińskiej części delty Dunaju jest rozwiązaniem problemów trapiących zwykłych ludzi.
Sytuacja szybko się zmieni, gdy zjednoczenie potraktowane zostanie przez mieszkańców kraju, w którym dochód na głowę jest już teraz pięć razy niższy od rumuńskiego i wynosi 300 euro rocznie, jako uzyskanie przepustki do unijnego dobrobytu.
"Politycy to mafia"
Pogromcą Tudora w drugiej turze wyborów okazał się Ion Iliescu, były komunista, który przejął władzę po rozstrzelaniu małżeństwa Ceaucescu. Na tle prawicowego ekstremisty, jakim jest Tudor, Iliescu może uchodzić za liberała, lecz trudno go uznać za ideał demokraty. W porównaniu z tym, co działo się dziesięć lat temu, styl sprawowania władzy poprawił się, w dużej mierze pod presją Unii i w wyniku dążenia do osiągnięcia zachodnich standardów. Rumuni pozostają jednak sceptyczni.
"Politycy to mafia", mówi Raluca, który od paru lat pracuje jako informatyk w Zurichu i nie ma zamiaru wracać do Rumunii, do której przyjeżdża tylko na wakacje. "Zresztą nie tylko politycy. Za każdym razem, kiedy jadę samochodem, muszę zapłacić 10 euro, żeby łaskawie otworzono mi szlaban na granicy." Jego zdaniem, Rumunia po prostu nie nadaje się na członka Unii. Uważa też, że szanse na to, by sytuacja zmieniła się przed rokiem 2007, są niewielkie.
Prędzej czy później Rumunia znajdzie się w UE. Toczące się negocjacje przesądzają o tym w wystarczającym stopniu. O terminie, bardziej niż ich wynik, zdecyduje sposób, w jaki Unia będzie zdolna działać po przyjęciu dziesięciu nowych członków. Z polskiej perspektywy Rumunia może wydawać się dziką prowincją. Z brukselskiej - różnica między Warszawą a Bukaresztem nie jest już tak wielka.


Wolność w szwedzkim modelu państwa opiekuńczego