Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Europa Polska Łukasz Michalski: Golonka i jabłka przyprawione polityką...

Łukasz Michalski: Golonka i jabłka przyprawione polityką...


22 listopad 2005
A A A
Każde państwo w polityce zagranicznej kieruje się głównie własnym interesem. Jest to jeden z punktów wyjściowych każdego spojrzenia na politykę zagraniczną. Państwem, które doskonale zna i stosuje tę zasadę, jest Rosja. Nasz największy sąsiad, mający w ręku tak mocny argument, jakim jest gaz i ropa naftowa, wie jak go wykorzystać. A należy dodać, że wymienione wyżej surowce nie są jedynym "orężem", którym Rosja załatwia swoje interesy.

Rozpad ZSRR w 1991 roku zakończył pewną erę. Będąca jeszcze do niedawna równorzędnym dla Stanów Zjednoczonych mocarstwem, Rosja, trafiła nagle na drugi plan. Pozostając nadal potęgą militarną, okazała się jednak krajem zacofanym gospodarczo, potrzebującym szybkich reform, aby sprostać międzynarodowej konkurencji. Ale Rosja nie wyzbyła się pewnej- bardzo charakterystycznej- cechy. Mianowicie, nie rozmawia ze słabeuszami, nie docenia także siły argumentów, ale za to doskonale rozumie argument siły. I nie chodzi tu wcale o siłę wojskową, której posiadania nie neguję. Po pierwsze, Rosja to czołowy "zaopatrzeniowiec" w gaz i ropę naftową, z których korzysta cała Europa; po drugie, Rosja to ogromny i chłonny rynek konsumencki, który rozwija się w bardzo szybkim tempie i coraz bardziej kusi europejskich (i nie tylko) przedsiębiorców. To są właśnie dwa argumenty siły, których Rosja nie obawia się w razie potrzeby w odpowiedni sposób użyć.

Do napisania tego artykułu skłonił mnie między innymi, ogłoszony przed kilkoma dniami, zakaz importu mięsa i roślin z Polski. Zgadzam się, po części może to być wynik zaniedbań formalnych i fitosanitarnych po stronie polskich eksporterów. Jestem też w stanie zgodzić się z szefem polskiego MSZ, Stefanem Mellerem, który stwierdził, że niektórzy polscy eksporterzy dopuszczają się oszustw. Ale dostrzegam w całej tej sprawie także aspekt czysto polityczny. A przemawiają za tym pewne okoliczności, o których wspomniał także Meller. Dziwną rzeczą jest mianowicie fakt, że Rosjanie z dnia na dzień ogłaszają całkowity zakaz importu mięsa, czy też produkcji roślinnej z Polski, bez wcześniejszego poinformowania o tym polskich władz. O ile pojawiły się incydenty, które zarzuca nam Rosja, to wiadomo zapewne o nich już od dawna. A ogłoszenie zakazu w przededniu powołania nowego rządu i tuż przed spotkaniem szefa MSZ z jego rosyjskim odpowiednikiem, Siergiejem Ławrowem, wydaje się dość dziwne. Obawiam się więc, że nieprzypadkowo wybrano moment ogłoszenia zakazu, zapominając przy tym niestety o dobrosąsiedzkich stosunkach (które, jak mi się wydaje, nie są priorytetową sprawą dla Rosjan). Zaistniałą sytuację można doskonale odnieść do sytuacji krajów skandynawskich sprzed lat, kiedy owe kraje jeszcze kilka lat po upadku ZSRR były powiązane gospodarczo z rynkiem rosyjskim. I dopiero po przeorientowaniu skandynawskich gospodarek na bardziej wymagające i konkurencyjne rynki, przestały być one uzależnione od takich sytuacji, jakie dotykają ciągle Polskę.

Od dawna znana jest zasada, że po stronie rosyjskiej nie ma niepolitycznych decyzji. I wszystkie, nawet te gospodarcze, mogą być podszyte polityką. Przekonała się o tym nie tylko Polska. Miesiąc temu Litwini odebrali pierwsze sygnały, że ze strony rosyjskiej są wątpliwości co do legalności niektórych faktur związanych z wwozem mięsa- następstwem była... blokada litewskiego mięsa. Wcześniej podobna historia spotkała Estonię, która miała problemy z eksportem własnych produktów rolniczych. To wszystko ma stanowić fundament pod walkę o miejsce na unijnym rynku dla rosyjskich produktów. Na samym już starcie Rosja chce zdyskredytować polskich producentów, przedstawiając ich jako nieuczciwych i dlatego pozbawionych głosu. Ale rosyjscy dygnitarze, "walcząc" z sąsiadami, przy okazji zapominają o własnym narodzie. Polscy przedsiębiorcy będą jedną, ale nie jedyną poszkodowaną stroną. Za ograniczenia w imporcie zapłacą także rosyjscy konsumenci, na stołach których może zabraknąć polskich (notabene tak lubianych) produktów (udział polskich warzyw i jabłek na kaliningradzkim rynku wynosi aż 40-50 %), a ceny pozostałych mogą pójść w górę. Niestety nie zmienia to faktu, że powstrzymanie polskiego eksportu mięsa do Rosji spowoduje milionowe straty polskich producentów mięsa (szacuje się, że straty wyniosą przeszło 25 milionów euro). A co gorsza- nawet chwilowa nieobecność tych firm zostanie wykorzystana od razu przez producentów z innych państw. Wydawałoby się, że jest to czysto gospodarczy problem, ale o jego politycznym zabarwieniu może świadczyć pewien interesujący fakt. Rosjanie, zarzucając polskim przedsiębiorcom nadużycia formalne i fitosanitarne w eksporcie mięsa, jednocześnie nie widzą żadnego problemu w sprowadzaniu białoruskiej żywności ze skażonego po czarnobylskiej katastrofie obwodu homelskiego. Pisała o tym sama rosyjska gazeta- "Nowyje Izwiestija". Pozostawię to bez dalszego komentarza.

Mimo, że Polska nie jest obecnie zagrożona z żadnej strony bezpośrednio, nie możemy jednak nie zauważyć przeprowadzanych od czasu do czasu nacisków politycznych, które realizowane są różnymi metodami. Pojawia się więc pytanie, jak się bronić przed takimi naciskami. Bardzo trafną odpowiedzią wydaje się mi wypowiedź Longina Pastusiaka, który stwierdził niegdyś, że: "(...) polityka zagraniczna kraju jest warta tyle, ile wart jest dany kraj pod względem politycznym, gospodarczym, militarnym i społecznym. Można nieco poprawić pozycję za pomocą mądrej koncepcji politycznej, rozsądnej taktyki i zręczności dyplomatycznej, ale na dłuższą metę o pozycji danego kraju w miedzynarodowym układzie sił bardziej decydują zobiektywizowane i wymierne kryteria". Stąd Polsce potrzebny jest przede wszystkim mocny potencjał negocjacyjny, no bo przecież Rosjanie rozumieją jedynie argumenty silnych. Pytanie tylko, jakie argumenty liczyłyby się najbardziej? Zapewne mocnym argumentem byłaby obecnie zdolność do powstrzymania gazociągu bałtyckiego, który ma powstać zgodnie z rosyjsko-niemiecką umową z września tego roku. Gazociąg ma dostarczać gaz bezpośrednio z Rosji do Niemiec, omijając między innymi Polskę. Rosyjska prasa wyraźnie podkreśla, że dzięki bezpośrednim dostawom gazu do Niemiec uda się uniknąć politycznego i gospodarczego ryzyka przy tranzycie przez Ukrainę, Polskę i państwa bałtyckie. Dla Rosji utrzymanie monopolu energetycznego w zakresie zaopatrywania, ale i przesyłu, a w efekcie dotarcia do odbiorcy końcowego z własnymi surowcami energetycznymi w państwach, które są już strukturalnie od nich uzależnione, jest racją stanu. A polską racją stanu jest uwolnienie się od tego monopolu. Stąd w interesie Polski leży powstrzymanie budowy gazociągu bałtyckiego i najlepiej powrót do planów budowy gazociągu norweskiego. To zapewniłoby Polsce dywersyfikację źródeł gazu i polepszyło bezpieczeństwo energetyczne. Byłoby to niezmiernie korzystne w momencie, kiedy rosyjski Gazprom chce renegocjować ceny gazu. Posunięcie Rosjan jest zapewne odpowiedzią na propozycję polskiej strony, dotyczącą pozwolenia na budowę drugiej nitki gazociągu jamalskiego i na reeksport rosyjskiego gazu. Spór o gazociągi jest skomplikowanym problemem, zważywszy na to, że interesów z Gazpromem nie da się rozpatrywać w kategoriach wyłącznie biznesowych. Firma ta jest, o czym wiadomo nie od dziś (i czego sama specjalnie nie ukrywa), jednym z narzędzi politycznych Rosji.

Gaz jest tylko jednym z kilku punktów zaczepnych w stosunkach polsko-rosyjskich. I Polsce nie uda się wygrać tych "potyczek" bez intensywnego lobbowania w Brukseli. Chcąc stać się mocnym "graczem" na arenie międzynarodowej, Polska jest zmuszona do elastycznego i zdecydowanego działania zarówno w Moskwie, ale i w Brukseli czy Waszyngtonie. Bardzo dobrze stan rzeczy oddają słowa Adama Bromke: "(...) im bardziej będziemy postrzegani jako solidny partner w Brukseli, Berlinie i Waszyngtonie, tym więcej będziemy się liczyli (...) w Moskwie". Zależność jest też odwrotna- im rozsądniejsza będzie nasza polityka wschodnia, tym bardziej szanowanym partnerem będziemy na Zachodzie.

Kończąc swój krótki wywód, chciałbym podkreślić, że priorytetem polskiej polityki wschodniej powinno być przede wszystkim budowanie dobrych i przyjaznych stosunków ze wszystkimi sąsiadami. Nie możemy jednak zapominać słów, które przytoczyłem na początku- że każde państwo kieruje się w polityce zagranicznej głównie własnym interesem. I czasem niezmiernie trudno jest nie nadwyrężyć dobrych stosunków z sąsiadami, chcąc zadbać jednocześnie o swoje interesy. Jednakże wszyscy jesteśmy skazani na swoje sąsiedztwo i musimy starać się współpracować ze sobą. A to wymaga elastyczności, ale i zdecydowania, których nieraz nam niestety brakuje, zwłaszcza w kontaktach z naszym największym sąsiadem.

 Powyższy tekst jest wyrazem poglądów autora.