Podczas wizyty szefa Sztabu Generalnego RP na Litwie padły słowa o tym, że Polska i Litwa są gotowe na pojawienie się „zielonych ludzików” na swoim terytorium. Trzeba jednak pamiętać, że kwestia gotowości lub jej braku jest bardziej złożona, niż mogłoby się to pozornie wydawać.
Aneksja Krymu, a następnie konflikt w Donbasie, które rozpoczęły się niemal równo rok temu w marcu 2014 roku, doprowadziły do zmiany sposobu myślenia o bezpieczeństwie w Europie. Zamiast pojawiających się tu i ówdzie pytań „po co nam armia?”, pojawiły się zupełnie inne: „gdzie jest nasza armia?”. Rzecz w tym, że zagrożenie z jakim zetknęła się Ukraina, które zmaterializowało się w postaci osławionych „zielonych ludzików” miało charakter mocno niekonwencjonalny (przynajmniej z punktu widzenia większości teoretyków i praktyków sektora bezpieczeństwa stanem rzeczy w marcu/kwietniu 2014 roku), wobec czego użycie przeciwko nim konwencjonalnych sił zbrojnych napotkało znaczące problemy.
Sytuacje tego rodzaju mogliśmy obserwować zarówno na Krymie, gdzie pojawili się umundurowani i uzbrojeni ludzie bez znaków przynależności państwowej o bliżej nieokreślonych zamiarach, do pewnego momentu nieużywający broni i dokonujący „tylko” blokady jednostek wojskowych, a także pod Słowiańskiem i Kramatorskiem w obwodzie donieckim, gdzie przemieszczające się kolumny ukraińskiej armii zostały otoczone i zablokowane, a w kilku wypadkach również rozbrojone przez wrogo nastawioną ludność cywilną, wśród której znajdowali się uzbrojeni prowokatorzy. Zwłaszcza w tym drugim wypadku kwestia ewentualnego użycia broni wobec grupy agresywnych, ale jednak nadal nieuzbrojonych osób budziła znaczne kontrowersje, zarówno z prawnego jak i z etycznego punktu widzenia, co skutecznie uniemożliwiało adekwatną czy nawet jakąkolwiek reakcję. Kolejne etapy konfliktu na Donbasie, począwszy do maja 2014 roku miały już zdecydowanie bardziej „konwencjonalny” charakter, a udział sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej stawał się coraz bardziej oczywisty, w związku z czym wątpliwości dotyczące stosowania siły przestały mieć aż tak wielkie znaczenie.
Ten typ działań został określony mianem „wojny hybrydowej”, rozumianej jako konflikt toczony w specyficznych warunkach (w przypadku Krymu: stacjonowanie grupy wojsk rosyjskich na terytorium Ukrainy na mocy obowiązujących umów międzynarodowych; w przypadku Donbasu – znaczna liczba mieszkańców negatywnie nastawionych do władz centralnych i podatnych na manipulacje medialne), specyficznymi metodami (z wykorzystaniem wojsk specjalnych oraz grup dywersyjnych i oddziałów paramilitarnych, tzw. lokalnych powstańców), a także mediów jako czynnika potęgującego chaos i „szum informacyjny”. Nadrzędnym celem tych działań jest powstanie sytuacji w której ofiara agresji ma problem z określeniem zagrożenia i sposobów radzenia sobie z nim, a sam kryzys ma charakter mocno specyficznej sytuacji na pograniczu wojny i pokoju.
Zdaniem wielu ekspertów komentujących obecną sytuację, agresywne działania Federacji Rosyjskiej nie zakończą się na wschodniej Ukrainie, a wśród krajów potencjalnie zagrożonych taką czy inną formą napaści są między innymi Mołdawia oraz kraje bałtyckie: Litwa, Łotwa i Estonia, a więc te państwa, gdzie potencjalnie istnieje możliwość wykorzystania mniejszości rosyjskiej jako czynnika determinującego działania o charakterze zbrojnym lub zbliżone.
Problem polega na tym, że nie ma żadnej gwarancji, że hipotetyczna kolejna „wojna hybrydowa”, której celem miałyby stać się kolejne kraje w Europie Środkowej i Wschodniej, będzie miała charakter analogiczny do wydarzeń, jakie miały miejsce na południu i wschodzie Ukrainy w marcu i kwietniu zeszłego roku. Można zakładać, że pewne „stałe” elementy zostaną wykorzystane także w kolejnych działaniach tego rodzaju, trzeba jednak pamiętać o tym, że środowisko, w jakim toczyła się wojna hybrydowa na Ukrainie miało swoją specyfikę (o czym mowa była wyżej) i jest mało prawdopodobne (wbrew ocenom części komentatorów) aby taki przebieg działań zbrojnych stał się zdatnym do prostego kopiowania modelem dla kolejnych konfliktów zbrojnych w przyszłości.
Z punktu widzenia sił zbrojnych i funkcjonowania systemu obronnego państwa jako całości należy wziąć pod uwagę ewentualność wystąpienia kolejnych mocno niekonwencjonalnych wydarzeń, które będą miały na celu wywołanie chaosu w państwie, co będzie sprzyjać osiągnięciu celów agresora. Dlatego nie tylko armia, ale i całość systemu bezpieczeństwa państwa należy przygotować (na ile to możliwe) na działanie w specyficznych warunkach i na radzenie sobie ze specyficznymi zagrożeniami. Będzie to wymagać zaangażowania nie tylko regularnych jednostek wojskowych, ale także innych służb: policyjnych, ratunkowych oraz innych odpowiedzialnych za reagowanie w sytuacjach kryzysowych. To z kolei wymuszać będzie działania na rzecz sprawnej koordynacji działań pomiędzy różnymi podmiotami, często zajmującymi skrajnie różnymi obszarami. Tylko w takim wypadku można liczyć na skuteczną neutralizację pojawiających się zagrożeń.
Dariusz Materniak
Fot. m.wyborcza.pl
