Michał Kędzierski: Bezzębna Bundeswehra

Raport ujawniający fatalny stan wyposażenia Bundeswehry pokazuje, na jakim etapie znajduje się przeprowadzana od lat reforma niemieckiej armii, która ma uczynić z niej efektywny instrument polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Wojsko, które według szumnych zapowiedzi miało brać większy udział międzynarodowych interwencjach, nie jest obecnie w stanie wypełnić podstawowych zobowiązań sojuszniczych. To również zły znak dla Polski.

Pod koniec września Niemcami wstrząsnął raport dotyczący fatalnego stanu niemieckiej armii. Ministerstwo obrony przedstawiło w Bundestagu listę dotyczącą gotowości operacyjnej kluczowego sprzętu wojskowego, którym dysponuje Bundeswehra. Jak się okazało, tak złego oblicza wyposażenia niemieckiego wojska nikt się nie spodziewał. W najgorszym stanie znajduje się lotnictwo. Spośród 31 śmigłowców Tiger gotowych do użycia jest jedynie 10, wśród 33 helikopterów typu NH90 – tylko 8. Jeszcze gorzej przedstawia się sytuacja z samolotami pozostającymi w służbie niemieckiej marynarki. Z 21 śmigłowców Sea King wystartować mogą zaledwie 3, a z 22 helikopterów typu Sea Lynx gotowe do startu są jedynie 4. Podobnie sytuacja wygląda z myśliwcami Eurofighter i Tornado, z których w pełni sprawna jest niespełna połowa (odpowiednio 42 ze 109 i 38 z 89). Zły stan niemieckiej Luftwaffe stawia pod znakiem zapytania możliwość wypełnienia przez Niemcy swoich zobowiązań sojuszniczych w ramach NATO w najbliższej przyszłości. Jak wynika z raportu, RFN nie jest w stanie m.in. wystawić do obrony przestrzeni lotniczej nad państwami bałtyckimi 60 myśliwców Eurofighter, do czego są zobowiązane. Zagrożona czuć się może również Polska, bowiem w przypadku ewentualnego zagrożenia, Bundeswehra ma stanowić ważny element mobilizacji oddziałów NATO w naszym regionie.

Jak to się stało, że uznawana za dobrze wyposażoną, bo chwaląca się znakomitym przemysłem zbrojeniowym, Bundeswehra jest w tak złym stanie? Politycy wszystkich opcji oraz eksperci ds. wojskowości są zgodni – winna jest źle przygotowana i jeszcze gorzej przeprowadzana reforma niemieckiej armii.

Zerwanie z „obywatelami w mundurze”

Tuż po II wojnie światowej RFN z wiadomych względów nie mogła dysponować żadną armią. Dopiero w latach 50., po powstaniu NATO, w obliczu zimnej wojny z blokiem wschodnim sojusznicy zgodzili się na remilitaryzację Niemiec i powołanie armii, która jednak miała służyć tylko i wyłącznie do obrony terytorialnej. W powojennych, pacyfistycznie nastawionych Niemczech żołnierze mieli być „obywatelami w mundurze”, którzy pomagają przy powodziach, ale w żadnym wypadku nie strzelają do ludzi. To pokojowe rozumienie zadań armii pokutuje z resztą nad Renem do dziś.

Sytuacja zmieniła się po zjednoczeniu RFN z NRD w 1990 roku. Niemcy przestały leżeć w centrum światowego konfliktu, zwiększyła się ich rola polityczna, zaś osłabł parasol ochronny w postaci wojsk USA. Do świadomości polityków zaczęła docierać potrzeba zmiany myślenia na temat roli Bundeswehry. Jeszcze w latach 90. niemieccy żołnierze zaczęli brać udział w zagranicznych misjach wojskowych, początkowo humanitarnych, później również bojowych, jak w Kosowie w 1999 roku. W 2001 roku rząd Gerharda Schrödera poparł interwencję w Afganistanie i wysłał do Hindukuszu swoją armię.

W tym czasie trwały już prace nad reformą Bundeswehry. Osią zmiany miało być przekwalifikowanie niemieckiej armii z czysto obronnej, jak to zostało zdefiniowane w latach 50., w armię ekspedycyjną, zdolną do udziału w międzynarodowych interwencjach zbrojnych. „Udział w zagranicznych operacjach prewencyjnych, stabilizacyjnych i reagowania kryzysowego będzie konieczny dla utrzymania i zwiększenia znaczenia Niemiec w NATO, poszerzenia wpływów w ONZ i wzmocnienia pozycji wobec Francji i Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej” – tłumaczy Justyna Gotkowska z Ośrodka Studiów Wschodnich. Podobnie ujął to były minister obrony Niemiec Thomas de Maiziere: „Niemcy potrzebują sił zbrojnych gotowych i zdolnych do przeprowadzenia operacji, potrzebują armii, która pod względem jakości wyposażenia i wyszkolenia będzie odpowiadać statusowi i znaczeniu Niemiec na świecie”.

Drony nie na ukraiński mróz

Kolejną odsłoną przeobrażeń niemieckiej armii miał być szerszy udział we wspomnianych operacjach reagowania kryzysowego, co zapowiedzieli nowa minister obrony Ursula von der Leyen oraz szef dyplomacji Frank-Walter Steinmeier w Monachium na Konferencji Bezpieczeństwa 2014. Jak jednak mogliśmy zaobserwować w przypadku Syrii i Iraku, a ostatnio również Ukrainy, niemiecki MON wcale nie rozważa wysyłania swoich żołnierzy w regiony objęte kryzysem. Ujawniony raport odpowiada nam na pytanie dlaczego.

Bundeswehra nie jest gotowa, aby wysłać myśliwce do atakowania pozycji ISIL na Bliskim Wschodzie. Według ostatnich doniesień medialnych niemieckie drony nie polecą zaś patrolować przestrzegania zawieszenia broni w Donbasie, bo nie wzniosą się w powietrze w temperaturze poniżej -19 stopni Celsjusza (na wschodniej Ukrainie taka temperatura zimą to norma). Kompromitacją dla Bundeswehry była również czerwcowa rezygnacja ONZ z wykorzystania niemieckich samolotów transportowych na potrzeby misji w Mali, ponieważ okazały się być za stare i nie przedstawiały wymaganej jakości. „Rozszerzenie zagranicznych misji Bundeswehry z obecnym wyposażeniem jest niemożliwe” – rozwiewa wszelkie wątpliwości były pełnomocnik ds. wojskowych Bundestagu Hellmut Königshaus.

Problemy z projektami zbrojeniowymi

Reforma Bundeswehry, obok przeobrażenia jej struktury w armię interwencyjną, zakłada oczywiście doposażenie jej w odpowiedni sprzęt. Tutaj pojawia się najważniejszy problem. Oddziały ekspedycyjne, reagujące na kryzys w różnych częściach świata, muszą wykazywać się znacznym stopniem mobilności. W tym aspekcie niezwykle ważną rolę gra lotnictwo, w tym przede wszystkim śmigłowce, na których brak bez przerwy narzekali żołnierze służący w Afganistanie, oraz wojskowe samoloty transportowe. Te ostatnie zostały już zamówione wiele lat temu (chodzi o A400M produkowane przez koncern Airbus), jednak ich dostarczenie wciąż przesuwa się w czasie. Tymczasem niemiecka pomoc humanitarna dla Kurdów poleciała do Iraku na pokładzie rosyjskiego samolotu.

Kwestia spóźnionych dostaw nowych samolotów transportowych nie jest tutaj wyjątkiem. Od lat politycy zajmujący się obronnością narzekają na sektor zbrojeniowy, który nie wywiązuje się należycie z zamówień dla Bundeswehry. Niemiecka armia w ogromnej większości korzysta z wyposażenia rodzimej produkcji, która jest z resztą ceniona na świecie. Niemcy są globalnie trzecim eksporterem broni, a na potrzeby przemysłu zbrojeniowego pracują m.in. takie firmy jak: Rheinmetall, ThyssenKrupp, Airbus, a także Carl Zeiss, Mercedes-Benz, Daimler, Siemens czy IBM. Problem polega na tym, że „produkcja sprzętu dla Bundeswehry trwa za długo, jest za droga, a sprzęt nie może tego, co powinien” – tłumaczy Christian Mölling, ekspert ds. obronności z berlińskiej Fundacji Nauki i Polityki (SWP). Niemiecki MON nie jest w stanie wyegzekwować należytego wywiązywania się z kontraktów. Część z nich okazała się być też po prostu wadliwie skonstruowana.

W efekcie źle przeprowadzanych projektów zbrojeniowych Bundeswehra nie jest dziś ani armią typu obronnego, ani armią ekspedycyjną. Konsekwencją wieloletniego przekraczania terminów oraz niedotrzymywania standardów dostaw ma być „nowe otwarcie” w stosunkach niemieckiego MON z rodzimą zbrojeniówką, które ma polegać m.in. na uniezależnieniu dostaw dla Bundeswehry od niemieckiej produkcji. Rząd miałby wspierać jedynie te sektory zbrojeniówki, które produkują sprzęt o strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa kraju.

„Zaoszczędzona na śmierć” czy źle reformowana

Tymczasem niemiecka armia pilnie potrzebuje odpowiedniej jakości wyposażenia. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę ostro krytykowana minister obrony Ursula von der Leyen. Od początku kadencji zapowiadała udział Bundeswehry w zagranicznych misjach. Po ujawnieniu fatalnego stanu sprzętu wojskowego, którym dysponuje niemiecka armia, nie wycofała się bynajmniej ze swoich planów. Wręcz przeciwnie, zapowiedziała wysłanie dronów (oczywiście z obstawą) na Ukrainę oraz niemieckich wojskowych do Iraku, by tam szkolili irackie oddziały do walki z bojówkami ISIL. Abstrahując od słuszności powziętych decyzji, Niemcy dostrzegają pewną rozbieżność między zamiarami a możliwościami Bundeswehry i domagają się od pani minister doprowadzenia sytuacji do porządku, albo „skończenia z gadaniem o większej roli Niemiec w świecie”.

Ursula von der Leyen wybrała inne wyjście i wyciągnęła ręce po dodatkowe pieniądze od ministra finansów. Niemcy wydają obecnie jedynie 1,3 proc. PKB na obronność, chociaż zaleceniem NATO są wydatki rzędu 2 proc. Gdyby Berlin spełniał to kryterium, wydawałby na armię tyle, co Rosja. Chociaż Polska przeznacza na obronność 1,9 proc. PKB (7,6 mld euro), to w przeliczeniu na pieniądze wydajemy i tak cztery razy mniej niż Niemcy (32 mld euro). Część przedstawicieli niemieckiej armii narzeka, że nakłady na obronność w ostatnich latach systematycznie spadały i Bundeswehra została „zaoszczędzona na śmierć”. Przeciwnicy przesunięcia dodatkowych środków na armię wskazują zaś, że w ostatnich latach MON ze względu na problemy z realizacją projektów zbrojeniowych zwrócił do kasy państwa 3 mld euro. „Jeśli jest coś, czego nie brakuje Bundeswehrze, to są to pieniądze” – ripostują krytycy z lewej strony sceny politycznej i domagają się lepszego zarządzania funduszami.

Strach przed bezczynnością

Jeśli Bundeswehra ma odpowiadać statusowi i znaczeniu Niemiec w świecie, jak życzył sobie tego minister de Maiziere, oraz stanowić atut w relacjach z innymi państwami i w ramach organizacji międzynarodowych, problemy, z którymi ma obecnie do czynienia, muszą zostać przezwyciężone. Niemcy, jako kraj o nie tylko globalnych ambicjach, ale także o globalnych interesach, potrzebują sprawnej armii, by bronić światowego porządku, z którego czerpią korzyści. Ten „eksport stabilizacji” do pogrążonych w kryzysach regionów stanowi dziś centralne pojęcie niemieckiej polityki bezpieczeństwa – wyjaśnia prof. Krzysztof Miszczak z SGH. Dlatego też Niemcy aktywnie angażują się w próby zażegnywania kryzysów zarówno na Ukrainie, jak i na Bliskim Wschodzie (Irak, Syria, Izrael, Iran).

Przykład działań Państwa Islamskiego pokazuje, że środki dyplomatyczne, którym słusznie hołduje kanclerz Merkel, nie zawsze są adekwatne do sytuacji. Wówczas Niemcy muszą dysponować armią, która będzie w stanie wziąć udział w międzynarodowej interwencji zbrojnej. Również z polskiej perspektywy stan sojuszniczej Bundeswehry jest niezwykle ważny, bo w przypadku zagrożenia naszego bezpieczeństwa to właśnie Niemcy mieliby nam przyjść z pomocą. Parafrazując słowa Radka Sikorskiego wygłoszone w Berlinie w 2011 roku, dzisiaj mniej obawiamy się nadmiernej siły Bundewehry niż tego, czy w momencie próby w ogóle stać ją będzie na pożądaną aktywność.

Artykuł ukazał się pierwotnie na stronie Przeglądu Spraw Międzynarodowych NOTABENE.

Zobacz także tego autora