„Tu, na naszej konwencji, nie będzie żadnych kłamstw” - Donald Trump nominatem Partii Republikańskiej

Konwencja republikańska dobiegła końca, a nominację na kandydata na prezydenta uzyskał Donald Trump. Najważniejsze wydarzenia czterodniowej konwencji w Cleveland to splagiatowana przemowa żony nowojorskiego biznesmena, przyjęcie kandydatury na wiceprezydenta przez Mike’a Pence’a i nieudzielenie poparcia przez Teda Cruza. Trump ogłosił mobilizację do walki przeciwko demokratom, a wygraną z Clinton określił jako jedyną szansę na zjednoczenie partii. Swoje wystąpienie ostatniego dnia konwencji zakończył słowami „zaczynając od 20 stycznia 2017 roku, bezpieczeństwo zostanie przywrócone”.

Od poniedziałku do czwartku (18-21.07) w Cleveland odbywała się krajowa konwencja republikanów, w trakcie której oficjalnie wyłoniono kandydata Partii Republikańskiej na urząd 45. Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Podczas zjazdu partyjnego przemówienia wygłosiło wielu przedstawicieli elit republikańskich, zarówno tych politycznych, jak i religijnych. Sama konwencja przebiegła bez zakłóceń, a na ulicach Cleveland nie doszło do żadnych zamieszek, ani sytuacji wymagających zorganizowanej interwencji ze strony policji.

Swoją pierwszą przemowę Donald Trump rozpoczął od zaakceptowania nominacji Partii Republikańskiej. Szybko jednak przeszedł do oskarżenia Hillary Clinton o słabość i niekompetencję podczas piastowania urzędu Sekretarza Stanu, a większość swojej 75-minutowej mowy poświęcił na przekonywanie, że najlepszym sposobem na zjednoczenie partii jest pokonanie demokratów w listopadowych wyborach. Z jego punktu widzenia zapewne wygląda to dokładnie w ten sposób, jednak część republikańskich polityków z pewnością myśli już o wyborach w 2020 roku. Trump w trakcie tego samego wystąpienia przypomniał także o idei wzniesienia muru na granicy z Meksykiem i problemie nielegalnej imigracji, z jakim borykają się Stany Zjednoczone. Podczas swojej przemowy wystąpienia Trump był bardzo pewny siebie, jednak retoryką nie różniła się ona od tych dotychczas wygłaszanych przez nowojorskiego miliardera.

Wiceprezydent z Indiany

Jeszcze przed rozpoczęciem konwencji w Cleveland, w piątek (15.07), Trump ogłosił swojego kandydata na wiceprezydenta. Został nim Mike Pence, konserwatywny gubernator Indiany. Decyzję o jego wyborze pozytywnie skomentowali speaker Izby Reprezentantów Paul Ryan i lider większości Senatu Mitch McConnell, jednomyślnie stwierdzając, że to najlepszy możliwy wybór. Opiniom tym wtórowała większość delegatów, także Ci niepopierający Trumpa. Pence to polityk o dużym zasobie doświadczeń dotyczących pracy Waszyngtonu, ma także silną reputację wśród polityków Partii Republikańskiej. Jego charakter to całkowite przeciwieństwo osobowości nowojorskiego biznesmena. Parę tę mogą także dzielić różnice światopoglądowe. Pence określa samego siebie jako „chrześcijanina, konserwatystę i republikanina”. Tymczasem Trump pokazał już, że czasami jego poglądy w znacznym stopniu odbiegają od ideologii konserwatywnej. Jednak wybór gubernatora Indiany na wiceprezydenta to coś więcej niż mianowanie lubianego wewnątrz partii polityka. Tą decyzją Trump pokazał, że rozumie, jak istotne jest obsadzenie kluczowych stanowisk podczas formowania gabinetu i że nie ma tam miejsca dla ludzi niesprawdzonych i niedoświadczonych. To decyzja, która cieszy władze Partii Republikańskiej, cieszy jej polityków i powinna ucieszyć też dotychczas nieprzekonanych wyborców. Pence tuż po wyborze przyznał, iż „jest dla niego zaszczytem móc kandydować u boku 45. Prezydenta Stanów Zjednoczonych”. Oczywiście podczas trwania konwencji Pence oficjalnie zaakceptował ten wybór. Jednak ta nominacja spowodowała chwilowy chaos w Indianie, gdyż nie wiadomo było, kto miałby kandydować na stanowisko gubernatora tego stanu, a republikanie nie mogą pozwolić sobie na utratę tego stanowiska na rzecz demokratów. Do wyborów z ramienia republikanów stanie Eric Holcomb, obecny zastępca gubernatora Indiany.

Kto chce uczynić Amerykę ponownie wielką?

Spośród republikańskich elit, udzielających poparcia nominatowi, z pewnością warto wymienić przewodniczącego Krajowego Komitetu Republikanów Reince’a Priebusa, byłych gubernatorów Teksasu, Arkansas i Louisiany, Ricka Perry’ego, Mike’a Huckabee i Bobby’ego Jindala, byłego lidera większości Izby Reprezentantów Erica Cantora oraz byłego senatora i kandydata na prezydenta Ricka Santorum. Swojego poparcia udzielili także były wiceprezydent Dick Cheney, nominat republikanów z 1996 roku Bob Dole, były sekretarz obrony Donald Rumsfeld oraz były burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani. W Izbie Reprezentantów swojego poparcia udzielili  speaker Paul Ryan, lider większości Kevin McCarthy i whip większości Steve Scalise. Wśród senatorów Trumpa poparł między innymi lider większości Mitch McConnell, Jeff Sessions, który jako pierwszy z senatorów udzielił Trumpowi poparcia i pełni także funkcję jego doradcy, oraz były kandydat o nominację republikanów Rand Paul.

Do tych wszystkich republikańskich polityków warto dodać kogoś zupełnie odmiennego, Malika Obamę, przyrodniego brata 44. Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Popiera on właśnie Donalda Trumpa, a nie kandydatkę demokratów, poparcia której udzielił jego brat, Barrack. Malik jest rozczarowany polityką kreowaną przez jego brata oraz ogólną retoryką proponowaną przez demokratów, a samą Clinton uważa za niegodną zaufania. Malik Obama jest Kenijczykiem, więc jego głos nie jest istotny w dyskusji, jednak tak wyraźna rozbieżność poglądów i udzielonego poparcia pomiędzy obecnym prezydentem i jego bratem jest przez republikanów z pewnością mile widziana. Ogłoszenie przez Malika poparcia dla Trumpa spotkało się z miłym zaskoczeniem nowojorskiego biznesmena.

Iluzja republikańskiej jedności

O tym, jak nominacja Trumpa nie zjednoczyła republikanów, świadczyć może liczba delegatów, którzy nie głosowali na niego. Było ich aż 721 i jest to największa liczba od 1976 roku, kiedy to żadnemu z kandydatów nie udało się zabezpieczyć wymaganej liczby delegatów potrzebnej do uzyskania nominacji jeszcze przed rozpoczęciem konwencji. Odwzorowaniem braku jedności partii jest także nieobecność w Cleveland byłych już partyjnych elit, zdyskredytowanych przez kandydata republikanów.

Na konwencji zabrakło przede wszystkim rodu Bushów. Niegdyś najbardziej istotne osoby w Partii Republikańskiej znalazły się na pewnego rodzaju wygnaniu za brak poparcia dla partyjnego nominata. Nieobecność dwóch byłych prezydentów, George’a Herberta Walkera Busha i George’a Walkera Busha, znacząco razi, szczególnie, że są oni ostatnimi republikanami, którzy zasiadali w Białym Domu. Retoryka głoszona przez Trumpa kwestionuje jednak dokonania 43. Prezydenta Stanów Zjednoczonych, nie dziwi więc jego nieobecność, a tym bardziej brak jego poparcia dla magnata branży hotelowej. Udziału w konwencji i wyrażenia poparcia odmówił także kolejny z rodu Bushów, gubernator Florydy Jeb Bush, który jest synem George’a H. W. Busha i młodszym bratem George’a W. Busha. Był także jednym z kandydatów, starających się o nominację Partii Republikańskiej. Swoją kampanię zawiesił jeszcze w lutym.

Poparcia dla Trumpa nie wyraził także inny kontrkandydat w prawyborach, John Kasich. Kasich, piastujący stanowisko gubernatora Ohio, zrezygnował także z udziału w samej konwencji, co jest zachowaniem szczególnie niespotykanym, gdyż odbywała się ona właśnie w jego stanie. Na konwencji nie pojawili się także senator John McCain, kandydat republikanów na fotel prezydenta z 2008 roku oraz Mitt Romney, nominat z 2012 roku. Jednak to Ted Cruz, senator z Teksasu i najpoważniejszy rywal Trumpa w staraniach o nominację stał się tym, który najwyraźniej pokazał wewnątrzpartyjne podziały i w pewien sposób zdradził swoją partię. Podczas swojej przemowy w trakcie konwencji nie poparł kandydatury Trumpa i ani razu nie zachęcił do głosowania na niego w listopadowych wyborach, jednocześnie sugerując, że nie ma on szans na wygraną. Cruz został wybuczany i skrytykowany za swoje podejście i jawne rozbicie kruchej iluzji jedności wewnątrz Partii Republikańskiej. To wystąpienie raczej nie przysłuży się i tak już nielubianemu przez partyjnych kolegów senatorowi. Zaprzepaszczenie szansy na zjednoczenie partii najprawdopodobniej jest początkiem końca politycznej kariery Cruza.

Przegrani przyjaciele zwycięskiego biznesmena

Na konwencji obecne były dwie osoby, które z pewnością są rozczarowane tym, jak potoczyły się ich losy związane z republikańskim nominatem. To gubernator New Jersey Chris Christie i były szef kampanii Corey Lewandowski. Christie, który zrezygnował ze swoich starań o nominację republikanów już w marcu i od razu zdecydował się poprzeć Trumpa, przez całe cztery miesiące liczył, że uda mu się swoim zaangażowaniem przekonać doradców biznesmena, iż jest odpowiednią osobą do nominowania na wiceprezydenta. Zdecydowali oni jednak, iż na to stanowisko bardziej odpowiednią osobą jest Mike Pence, Christie dostał jednak czas na przemowę podczas drugiego dnia konwencji, w czasie której zaciekle atakował Hillary Clinton. Z kolei Lewandowski,  który został zwolniony przez naciski ze strony innych doradców biznesmena, na konwencji pełnił rolę wygłaszającego podział głosów od delegacji z New Hampshire. Ogłaszając wynik, nazwał Donalda Trumpa „swoim przyjacielem”. W rozmowie z New York Times Lewandowski wylał jednak trochę frustracji na swoje położenie, stwierdzając że jest „jedynym człowiekiem w historii kampanii prezydenckich, który nie stał się bogaty”.

Przemawiać jak Pierwsza Dama

Pierwszego dnia konwencji głos zabrała żona nominata, Melania Trump. Jej przemowa nie wniosła nic do przebiegu konwencji, w żadnym stopniu nie umocniła też pozycji Trumpa i z pewnością nie  brzmiała ona autentycznie i szczerze. Z dużym prawdopodobieństwem zostałaby więc szybko zapomniana, gdyby nie spostrzegawczość amerykańskich mediów i dopatrzenie się pewnych zbieżności przemowy Michelle Obamy z 2008 roku z tą wygłoszoną przez Melanię Trump. Za popełnienie plagiatu po dwóch dniach wypierania się podobieństw, odpowiedzialność wzięła autorka przemówień w sztabie wyborczym Trumpa, Meredith McIver. Swój błąd argumentowała sympatią, jaką żona Trumpa darzy obecną pierwszą damę, w związku z czym zaczerpnęła kilka wersów z jej przemów. Po konwencji złożyła rezygnację, Trump jednak nie przyjął jej, tłumacząc, że rozumie błąd, jaki popełniła. Autorka ponownie przeprosiła za „chaos, w jaki wprowadziła Melanię i Trumpów oraz panią Obamę”. McIver nie ma żadnego doświadczenia w świecie politycznym, jednak od kilkunastu lat współpracuje z Trumpem. Jest także zadeklarowaną demokratką.

W całkowicie innym świetle wypadła najstarsza córka kandydata republikanów, Ivanka Trump. Jej przemowa była zupełnie odmienna od ogólnej retoryki konwencji w Cleveland. Podczas niej nie atakowała nikogo i nie skupiała się na kontrkandydatce Partii Demokratycznej. W swojej przemowie przekonywała do głosowania na jej ojca i oceniania go po jego dokonaniach, przedstawiła także proponowane przez niego zmiany, także te o których Trump dotychczas nie wspominał. Wśród nich znalazła się walka o wyrównanie płac pomiędzy mężczyznami i kobietami oraz udostępnienie rodzinom możliwości niedrogiej opieki nad dziećmi. Celem tego wystąpienia było przedstawienie ciepłego obrazu kandydata Partii Republikańskiej i zatarcie negatywnej retoryki lansowanej przez lewicowe media. Ciężko powiedzieć, czy ta przemowa odbiła się pozytywnie na obrazie ojca, z pewnością jednak dzięki niej zyskała sama Ivanka, która nie pierwszy już raz ukazała siebie osobę jako szczerą i autentyczną, a także jako dobrą mówczynię wierzącą w sukces swojego ojca. Podczas trwania kampanii Ivanka cały czas była ze swoim ojcem, a ich rodzinna więź jest praktycznie nierozerwalna. Najstarsza córka Trumpa zyskała już w amerykańskich mediach przydomek  „prawdziwej Pierwszej Damy”.

Republikanie czy partia Trumpa?

Przebieg konwencji i reakcja delegatów na podejmowane w jej trakcie tematy, szczególnie ostatniego dnia, ukazują zmianę wyważenia istotnych dla elektoratu tematów i także nowego kierunku, na jaki być może kierowana jest Partia Republikańska. Najgorętszymi tematami są nielegalna imigracja oraz zabójstwa policjantów, podczas gdy problemy, takie jak regulacja podatków i zmniejszenie wpływu aparatu państwowego, dotychczasowa domena republikanów, stają się tematami drugorzędnymi. Trump w trakcie konwencji dał upust także swoim nieschematycznym poglądom, dwukrotnie obiecując ochronę osób LGBTQ przed nienawiścią i zagrożeniem płynącym ze strony obcych ideologii. Tą jedną deklaracją zrywa on z dekadami unikania przez Partię Republikańską tematyki tych osób i stawia republikanów przed zupełnie nowym dla ich retoryki wyzwaniem. Pytaniem pozostaje, czy w przypadku wygranej Trumpa w listopadowych wyborach wciąż będziemy mówić o tej samej Partii Republikańskiej, czy o grupie polityków o nieokreślonej ideologii, łączącej poglądy zarówno prawej, jak i lewej strony pod przewodnictwem Donalda Trumpa.


Mateusz Piotrowski


Zdjęcia: flickr.com/DonkeyHotey

Zobacz także tego autora