Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Szczyt UE po brytyjsku - specjalny komentarz Marka Sarjusza-Wolskiego

Szczyt UE po brytyjsku - specjalny komentarz Marka Sarjusza-Wolskiego

25 czerwiec 2007
A A A

Zakończony kompromisem ws. traktatu konstytucyjnego szczyt Unii w Brukseli był wydarzeniem, w którym kilku aktorów chciało bądź mimowolnie mogło odegrać histO/Eryczną rolę "europejskiego hamulca". Negocjacje w dniach 21-22 czerwca br. kończyć miały drogę wyznaczoną przez niemiecką kanclerz Angelę Merkel, starającą się wszelkimi możliwymi sposobami doprowadzić do wskrzeszenia zapomnianego już przez niektórych traktatu konstytucyjnego. Znanym i od dawna zdiagnozowanym „problemem” był „polski pierwiastek”; mówiło się też o ew. tatrzańskim sojuszu blokującym Polski i Czech. Tuż przed szczytem ujawnił się nowy-stary gracz, eurosceptyczna Wyspa z proeuropejskim premierem, który na kilka dni przed swym ostatecznym pożegnaniem z Downing Street chciał pokazać jak bardzo zależy mu na obronie brytyjskich „red lines”.

Czy mu się to rzeczywiście udało? W specjalnym komentarzu dla Portalu Spraw Zagranicznych brytyjską postawę ocenia redaktor naczelny miesięcznika „Unia&Polska”, Marek Sarjusz-Wolski.

1. Jak ocenia Pan postawę Wielkiej Brytanii w czasie szczytu?
Polscy realizatorzy dyplomacji cepów powinni uczyć się od Brytyjczyków finezji. Fakt, że oni też musieli przypomnieć sobie stare angielskie przysłowie „tisze jediesz, dalsze budiesz”, bo przecież Iron Lady na pamiętnym szczycie w Fontainebleau zachowywała się podobnie jak Polacy ostatniego weekendu w Brukseli. Wpadła w histerię i wywijając torebką krzyczała, że ktoś wykradł z niej portmonetkę: „I want my money back!”

„Istnieje problem polski i problem brytyjski. I oba wydają się stwarzać podobne trudności", trafnie ocenił pierwszego dnia szczytu stary europejski wyjadacz, premier Luksemburga Jean-Claude Juncker. Charakterystyczne, że dziennikarze, a za nimi opinia publiczna, widzieli tylko problem polski. Był on bowiem bardziej fotogeniczny: prostszy (by nie powiedzieć: prostoduszny) w zrozumieniu, a więc łatwiejszy w przekazaniu. No i bardziej „krwisty”: dwóch Kaczyńskich a nie dwóch Blairów (nikt nie pytał tego ostatniego, ile razy dzwonił do Gordona Browna) oraz polskie i niemieckie buldogi gryzące się subtelnie pod europejskim dywanem.
Wprawdzie brytyjska prasa sygnalizowała rozdźwięk między Tony'm Blairem a Gordonem Brownem, w sprawie usunięcia z projektu mandatu na negocjacje nowego traktatu UE odniesienia do "wolnej i nieskrępowanej konkurencji", czego domagała się Francja. Zapewnienie usunięcia tego odniesienia od brytyjskiego premiera uzyskał Nicolas Sarkozy.

„Times” pisał, że „Brown podjął bezprecedensową akcję, telefonując do Blaira, by powiedzieć mu, że porozumienie jest nie do przyjęcia, ponieważ zmiany wprowadzone przez Francję zmniejszą zaangażowanie UE w wolny rynek”. „The Guardian” z kolei pisał o dramatycznej interwencji: „Brown zainterweniował u Blaira po tym, jak premier zgodził się na francuskie żądania. Skarcony premier został zmuszony, by zażądać nowego „protokołu”, który gwarantowałby, iż nie ulegną zmianie dotychczasowe uprawnienia UE w sprawach kontroli nad kartelami i w kwestiach antytrustowych”.

Uważam, że to nieporozumienie. Brytyjczycy łatwo zrezygnowali z postulatu, który nie miał znaczenia; godząc się na to, czego domagała się Francja,  wiedzieli doskonale, że prawne podstawy wolnego rynku zostały nienaruszone.
Dla Londynu ważne były tylko kwestie opisane przez minister spraw zagranicznych Margaret Beckett, w formie czterech "czerwony linii", wyznaczających obszary, w których nie godzi się na scedowanie większej części władzy na rzecz Brukseli.
Cztery obszary szczególnie strzeżone to podatki, polityka zagraniczna, obronność i gospodarka krajowa. W tych dziedzinach Brytyjczycy domagali się w szczególności zachowania suwerenności brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości, polityki wewnętrznej praz systemu zabezpieczeń socjalnych.

Te postulaty zostały przyjęte, choć trafiły na silny na opór innych krajów, na czele z Belgią. Charakterystyczne, że dziennikarze zafascynowani sporem z Polską, początkowo wzięli opór „grupy belgijskiej” (Włochy, Finlandia, Grecja, Austria i Węgry), jako dalszy ciąg sporu z Warszawą… Tymczasem rzecz dotyczyła Londynu.

2. Czy postanowienia te można nazwać sukcesem brytyjskim?
To oczywiście jest sukces brytyjski, co bez wątpienia nie jest równoznaczne z sukcesem Unii Europejskiej. Tony Blair popełnił widowiskowe seppuku, przyznając, iż jego dziesięcioletnia kampania europeizowania rodaków poniosła całkowite fiasko. Zbyt późno chyba przeczytał zdanie swego poprzednika Winstona Churchilla, wygłoszone 19 wrześnie 1946 roku w Zurychu: „Wielka Brytania, Brytyjska Wspólnota Narodów, potężna Ameryka muszą być przyjaciółmi i opiekunami nowej Europy i muszą bronić jej praw do życia i blasku”. Tako rzecze człowiek nazywany (i słusznie) Ojcem Założycielem. Wielka Brytania (nawet bez Commonwealth of Nations) jest i pozostanie w Europie ciałem osobnym. To wyspa.

Dramatem (w najbliższych miesiącach i latach) będzie sojusz brytyjsko-polski. Wieszczę go ze zgrozą. To co może być dobre dla interesów UK, może być zabójcze dla RP. A Polska dyplomacja cepów wydaje się tego nie rozumieć.
Dodatkowym motywem dla „entente cordiale” między Londynem a Warszawą będzie bliskość charakterów Gordona Browna i braci Kaczyńskich. Nowy brytyjski premier jest zaprzeczeniem poprzednika: boi się ludzi, jest skryty i nieufny, nie chce pogłębiania integracji europejskiej, najlepiej czuje się w wąskim gronie współpracowników (nawet obiadów nie jada na mieście, lecz w kantynie Ministerstwa Finansów), nie interesuje go zbawianie i naprawianie świata, a swą uwagę koncentruje na sprawach wewnętrznych.

3. Na ile postanowienia z Brukseli ułatwią a na ile utrudnią pracę nowemu premierowi Brownowi?
Opt-outs dla Wielkiej Brytanii w sprawie Karty Praw Podstawowych i współpracy w kwestii sądownictwa oraz zbędność referendum, sprawią, że polityka europejska nie będzie dla nowego premiera UK żadnym problemem.

Premier Włoch Romano Prodi był rozgoryczony, bo precyzyjnie odczytał rezultaty szczytu. W tym kontekście powiedział o "przygotowanym w naukowy sposób" zamiarze zablokowania pełnego porozumienia. Bynajmniej nie kierował swych słów w stronę spoconej i zagubionej delegacji z Warszawy, która zachowywała się jak bokser po knockdownie. Były szef Komisji Europejskiej bez ogródek wskazał na głównego hamulcowego szczytu: „Londyn przedstawił odmienną koncepcję Europy i to trzeba powiedzieć jasno i z intelektualną szczerością".

4. Minister Beckett mówi, że zmiany zaproponowane mieszczą się w ramach traktatu rewizyjnego i referendum nie jest konieczne. Czy opozycja i społeczeństwo pozwolą na to Brownowi?
Jeszcze we wtorek Gordon Brown sygnalizował gotowość przeprowadzenia w Wielkiej Brytanii referendum traktatowego, jeśli " będzie to konieczne". To właśnie przykład brytyjskiej maestrii. Nie trzeba było nikogo obrażać i przypominać, że hitlerowcy bombardowali Londyn. Wystarczyło szepnąć: „Kochani, zgodzicie się na nasze postulaty albo cały wasz zakichany traktat rzucamy konserwatywnemu tłumowi na pożarcie.”

Już w sobotę spokojny Gordon Brown mógł oświadczyć na luzie, że jest usatysfakcjonowany projektem uzgodnionym w Brukseli. "Wydaje mi się, że osiągnęliśmy nasze cele negocjacyjne", wyznał skromnie w BBC i przyznał, że w zaistniałej sytuacji referendum nie wydaje się potrzebne.