|
Bez wątpienia łatwo jest wojować z Rosją czy rzucać rękawice Chinom, szczególnie z wolskiego ratusza. Historia z rondem "Wolnego Tybetu" jest kolejną próbą wysłania w świat sygnału solidarności z narodami z którymi nic, prócz sympatii, nas nie łączy. REKLAMA
„Czy życzenie źle Chińczykom to grzech?” – z takim pytaniem zmierzyć się musiał Dalajlama podczas wykładu jaki wygłosił 12 grudnia na warszawskim Torwarze. Duchowy przywódca Tybetu został powitany przez Warszawę ustami jej prezydenta Hanny Gronkiewicz-Waltz: „Wita Cię miasto nigdy nieujarzmione”. Słowa te wydały mi się klamrą spinającą sens jego wizyty w Polsce.
Odwołania do pięknych tradycji walki o wolność i niepodległość stanowiły znaczną część wystąpienia pani prezydent. Jak się okazuje wyzwoleńczy romantyzm stał już się cechą Polaków, która niczym znaczek odblaskowy wydaje się – zdaniem niektórych – wyróżniać nas na tle innych narodów.
W tym kontekście rozpatrywać należy próbę nadania na Woli ronda imieniem „Wolnego Tybetu”. Cała akcja miała charakter spontaniczny, od początku do końca nieprzemyślany i zupełnie pozbawiona była racjonalności. Ostatecznie w skutek zdecydowanej interwencji ambasady Chin projekt porzucono. Choć jednak radni ze swojego pomysłu w końcu się wycofali to ogromne zmieszanie pozostało. Wydaje się, że jest to dobra okazja do zastanowienia się nad rzeczywistym kontekstem tej sytuacji.
To już kolejna próba warszawskich radnych, po historii z „rondem Dudajewa”, wysłania w świat sygnału solidarności z narodami, które nie mają szczęścia cieszyć się niezależnością ale z którymi nic, prócz wyrazów sympatii, nas nie łączy. Regiony, które z racji swego nieszczęśliwego położenia są nam tak duchowo bliskie nie przedstawiają z punktu widzenia interesów politycznych czy gospodarczych żadnej wartości.
Gest ten, widziany oczyma osoby „międzynarodowo i życiowo wrażliwej” wydaje się szlachetny i godny pochwały. Warto jednak zastanowić się czy wrażliwość nie jest w tym przypadku prostą pochodną naiwności, a szlachetność zwykłą funkcją swoistej niedojrzałości? Czy w najgorszym wypadku nie możemy mówić ignorancji popadającej w niebezpieczną skrajność? Szczególnie dotyczy to osób posiadających moc kreowania rzeczywistości – decydentów. Czy warto kolejny raz umierać za symbole? Jak długo wystawiać na próbę mamy cierpliwość mocarstw, których humorów obawiają się państwa znacznie silniejsze od nas?
W ujęciu historyczno-abstrakcyjnym, z pewnością inny wyraz ma śmierć na barykadach, gdy nie ma się nic do stracenia. Podręczniki historii Polski XIX i XX wieku w większości wręcz opływają krwią powstańców, żołnierzy i bohaterów wydzierających zaborcom skrawki niepodległości. Idea bohaterskich czynów w myśl hasła „za wolność naszą i waszą” odeszła jednak zdecydowanie do lamusa historii.
W ujęciu rzeczywistym, w wymiarze świata codziennego rzecz wydaje się zgoła inna. Za rok Polska obchodzić będzie 20-rocznicę odzyskania niepodległości. Od dłuższego czasu to prężnie rozwijający się gospodarczo kraj, z którego zdaniem coraz bardziej muszą się liczyć politycy w całej Europie. Staramy się budować wizerunek państwa przewidywalnego, solidnego partnera.
Bez wątpienia łatwo jest wojować z Rosją czy rzucać rękawice Chinom, szczególnie z wolskiego ratusza. Niestety nie można żyć w oderwaniu od rzeczywistości. Tym bardziej, że jesteśmy świadkami powolnej, ale systematycznej transformacji międzynarodowego ładu. Porządku, który z archaicznej już wizji „czterech policjantów” (matki onz-etowskiego systemu) ewaluować może w koncepcję, w coraz liczniejszych regionach świata: jednego dozorcy – chińskiego dozorcy.
To nie pierwszy raz, kiedy idealistyczna wizja rzeczywistości zduszona została – tym razem – rękoma chińskich dyplomatów przez polityczny realizm. Zwolennicy nowej, kontrowersyjnej nazwy dla ronda szybko okrzyknęli rezygnację mianem hipokryzji i cynizmu. Pomysł nazwania ronda Wolnego Tybetu nie przeszedł próby zmierzenia się z rzeczywistością.
Nadanie imienia zbiec się miało z wizytą Dalajlamy w stolicy. Gest ten z pewnością ucieszyłby społeczność tybetańską w Polsce (wątpię by, z rożnych względów samych Tybetańczyków) i na chwile przykuł uwagę Jego Świątobliwości. Tak się jednak składa, że jego odwiedziny w Warszawie trwały kilkadziesiąt godzin, po których wsiadł w samolot i odleciał w swą niekończącą się podróż. Święto i radość, uwaga mediów trwałyby najwyżej kilka dni. Poważny zatarg z mocarstwem mógłby skomplikować nam relacje na lata. Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża jedynie prywatne poglądy autora. |