|
Gdy zaczęła się wojna w Gruzji, George W. Bush był w Pekinie – miał oglądać rozpoczęcie igrzysk wraz z premierem Rosji, Władimirem Putinem. REKLAMA
Administracja George’a W. Busha od pewnego czasu traktowała prezydenta Gruzji, Mikheila Saakaszwilego jak krnąbrnego ucznia. Popieranie prozachodniego kursu Gruzji i Ukrainy wpisywało się w doktrynę Busha o szerzeniu demokracji, co więcej – gruziński kontyngent w Iraku był jednym z najliczniejszych przysłanych przez kraj koalicji. Jednak USA nie bardzo miały ochotę być wciągnięte przez owych sojuszników w konflikt z Rosją. Niedługo przed tymi wydarzeniami, sekretarz stanu USA, Condoleezza Rice, rozmawiała z prezydentem Gruzji przez telefon i doradzała mu, żeby nie dał się sprowokować.
Jednocześnie prezydent Bush, który w 2001 roku miał w oczach – wtedy prezydenta – Putina ujrzeć „samo dobro” i „poznać jego duszę” – był przekonany, że Rosja nie poważy się na wojnę z Gruzją, jako uznanym, cywilizowanym, demokratycznym państwem.
The Washington Post nazwał te kalkulacje rządu amerykańskiego „porażką zbyt spersonalizowanej dyplomacji prezydenta Busha”. Prezydent bowiem wierzył, że utrzymywanie dobrych stosunków z innymi szefami państw jest kluczem do sukcesu (zwłaszcza sukcesu USA), a w relacjach interpersonalnych można kształtować strategiczne wytyczne polityki zagranicznej państw. G.Bush wierzył też, że jeśli poprosi o coś W.Putina, ten przychyli się do prośby – tak, jak gdyby to George prosił Władimira o pożyczenie samochodu na dwa dni, a nie prezydent światowego mocarstwa prosił premiera drugiego – byłego i aspirującego mocarstwa, o wstrzymanie działań wojennych w kraju trzecim.
Ujmując więc konflikt między Gruzją i Rosją z punktu widzenia George’a W. Busha, wszystko sprowadza się do osobistych ambicji, a nie do interesów państw.
„Rosja tyranizuje Gruzję” – stwierdził prezydent USA i jednocześnie dodał, że „Ameryka nie opuści Gruzji, która wybrała przynależność do wolnego świata”. George W. Bush skrytykował też środki polityki zagranicznej wykorzystywane przez Rosję: „Zastraszanie siłą nie jest sposobem prowadzenia polityki zagranicznej, który można by zaakceptować w XXI wieku”.
Tymczasem prezydent Stanów Zjednoczonych nie dostrzegł, że jego superspersonalizowana dyplomacja idealnie wpisuje się w tak krytykowany, XIX-wieczny sposób uprawiania przez Rosję polityki. To przecież właśnie wtedy dyplomacja była domeną elit, monarchów, przywódców państw. Postulat jawnej dyplomacji pojawił się dopiero po I wojnie światowej. Stąd ogromny rozziew między celami polityki zagranicznej artykułowanymi przez rząd prezydenta Busha, a ostatecznym ich rezultatem. Otóż sposobami rodem kongresu wiedeńskiego nie da się realizować celów w zglobalizowanym świecie. Jednak neokonserwatyzm, a więc ideologia dominująca w myśleniu głównych autorów i wykonawców polityki zagranicznej USA, postuluje łączenie „starych” metod Świętego Przymierza z celami nowymi, jakie stawia świat postzimnowojenny, jednobiegunowy. Najlepiej widać to właśnie w relacjach między USA a Rosją i Gruzją. Administracja Busha – traktuje Gruzję jako trzeciorzędnego sojusznika: szkoli armię, popiera – głównie werbalnie - na arenie międzynarodowej, ale przyjmuje z otwartymi rękami ogromny (jak na możliwości Gruzji) kontyngent wojsk wysłany do Iraku. Ameryka jednak nie jest gotowa nie tylko umierać za Gruzję, ale i ryzykować swoich stosunków z sojusznikami „wyższego rzędu”.
Natomiast wobec Rosji polityka rządu Busha miała być „nowym początkiem” po psuciu relacji przez administrację Clintona. Bush i Putin zostali przecież prezydentami w jednym czasie. Jednak retoryka prezydenta USA musiała dostosować się do tej artykułowanej przez Rosję – tylko, że ten drugi kraj artykułował ją za pomocą faktów, a nie oświadczeń.
Bezwarunkowe poparcie w konflikcie strony gruzińskiej, wywołało jednak w samych Stanach wiele kontrowersji. Wypominano prezydentowi, że jego oddanie zasadom prawa międzynarodowego nie miało zastosowania to inwazji na Irak, a także zarzucano, że nie podkreśla współodpowiedzialności Gruzji za wojnę na Kaukazie. Podkreślano także, że taka sytuacja jest pokłosiem „drażnienia Rosji” i – wbrew jej przestrogom – próbom rozszerzania NATO ciągle na wschód. Dodatkowo – sprawa Kosowa – miała być w tej kwestii „nierozważnym krokiem” – kroplą, która przepełniła czarę. O wybuch wojny obwiniano więc – pośrednio – same Stany Zjednoczone, z uwzględnieniem doktryny promocji demokracji realizowanej metodami siłowymi.
Czy George W. Bush mógł zachować się inaczej? Mocniej poprzeć Gruzję? Z pewnością tak. Zwłaszcza przy prorosyjskim stanowisku UE jako całości, bardziej słyszalny głos USA byłby w pewien sposób autoryzacją działań podjętych przez Polskę i państwa bałtyckie. Z drugiej jednak strony – wojna w Gruzji wybuchła w momencie, gdy ceny ropy naftowej były na poziomie najwyższym w ubiegłym roku – Europa Zachodnia nie mogła więc ryzykować rozjuszenia Rosji. USA – wiedząc o tym – bezpośrednio i głęboko angażując się w konflikt, ryzykowałyby swoje stosunki z Europą – i tak mocno nadwątlone przez Irak. George W. Bush postanowił więc konflikt przeczekać na ranczu w Teksasie, zapewniając światową opinię publiczną, a przede wszystkim prezydenta Saakaszwilego, o swoim (tzn. Stanów Zjednoczonych) poparciu dla Gruzji.
Obiecał późniejszą pomoc w odbudowie, kredyty na modernizację armii czy przysłanie doradców z USA – czyli zrobił to, na co Stany realnie mogły się w tym czasie zdobyć bez większego wysiłku i wzbudzania kontrowersji w kraju i za granicą.
George W. Bush był de facto w tym konflikcie niewidoczny, a jego zachowanie przypominało przelot helikopterem nad Nowym Orleanem zniszczonym w wyniku uderzenia huraganu Katrina. Niby zaznaczył swoją obecność, ale tak naprawdę sprawę pozostawił do załatwienia innym. |