|
Jednym z najbardziej nośnych tematów ostatnich miesięcy jest bez wątpienia sprawa pojawienia się nazwiska Radosława Sikorskiego w gronie kandydatów do fotela sekretarza generalnego Sojuszu Północnoatlantyckiego. Warto zatem podsumować, o co i z kim właściwie walczymy?
REKLAMA
Podstawową funkcją sekretarza jest w obiegowej opinii występowania w roli „superrzecznika” Sojuszu, reprezentującego go na zewnątrz. Warto jednak pamiętać o roli, jaką odgrywa on w samym procesie decyzyjnym. Oprócz przewodzenia Radzie Północnoatlantyckiej (ang. North Atlantic Council, NAC), sekretarz przewodniczy też pracom najważniejszych wyspecjalizowanych komitetów (Komitetu Planowania i Obrony, Grupy Planowania Nuklearnego, Rady NATO-Rosja, Rady Partnerstwa Euroatlantyckiego oraz Grupy ds. Współpracy z Morzem Śródziemnym), dysponujących uprawnieniami do podejmowania decyzji w zakresie bieżącej polityki Sojuszu. W tej właśnie mierze uzasadnione jest określenie „szef NATO”, jakiego często używa się w odniesieniu do funkcjonariusza na tym stanowisku. Na placu boju, oprócz szefa polskiej dyplomacji, pozostali dwaj kandydaci – duński premier Aders Fogh Rasmussen oraz kanadyjski minister obrony Peter MacKay. W chwili obecnej wydaje się, że najpoważniejszym pretendentem do zastąpienia Jaapa de Hoop Scheffera jest Duńczyk. Kandydatura ta jednak zdecydowanie nie podoba się Turcji. Sprawa duńskich karykatur Mahometa, za które Rasmussen nie przeprosił i stoi na stanowisku, że nie ma za co przepraszać, pod znakiem zapytania stawia efektywność jego polityki wobec świata islamskiego. Mnożą się głosy, według których – mimo oficjalnego poparcia jego starań o fotel w Brukseli – Waszyngton ostatecznie nie zgodzi się na to, by Sojuszem kierował człowiek, którego kukły płoną na ulicach islamskich miast. Stanowisko Ankary, która dodatkowo traktuje Kopenhagę z dystansem ze względu na pośrednie popieranie ruchów kurdyjskich (to z duńskiego terytorium nadaje kurdyjska telewizja), jest jednak niespójne. Bo koncyliacyjnych obietnicach premiera („weta nie będzie”), głos zabrał prezydent Erdogan stwierdzając, że nie będzie zgody jego państwa na to, by Scheffera zastąpił właśnie Duńczyk. Takie niespójności nie są zresztą wyjątkiem w gorącej debacie poprzedzającej jubileuszowe spotkanie przywódców państw Sojuszu. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku poparcia, jakiego udzieliła (?) Radkowi Sikorskiemu Praga. Rozbieżne były również uwagi prezydenta Vaclava Klausa i premiera Mirka Topolanka, który do czasu wybrania nowego gabinetu będzie kontynuował pracę jako szef rządu. Na pytanie: „Sikorski czy Rasmussen?” coraz więcej osób odpowiada zatem: „żaden z nich”. Sekretarz generalny Sojuszu musi bowiem zostać wybrany zgodną wolą wszystkich stron. „Ten trzeci”, czyli Peter MacKay, w dniach poprzedzających piątkowy szczyt na nowo pojawił się w dyskusjach o przyszłości NATO. Zgodnie z tym scenariuszem, Waszyngton miałby w ostatniej chwili wycofać swoje poparcie dla Rasmussena, by po burzliwej debacie nad obsadzeniem wakatu do Schefferze tym łatwiej przeprowadzić kandydaturę Kanadyjczyka. Peter MacKay to polityk stosunkowo mało znany europejskiej opinii publicznej. Nie jest raczej postacią wzbudzającą takie emocje, jak dwaj panowie wymieniani wyżej. Głównym zastrzeżeniem, jakie mogłoby zostać wysunięte przeciw jego kandydaturze jest naruszenie niepisanej zasady, w myśl której wobec obsadzania naczelnych stanowisk wojskowych amerykańskimi oficerami, szefem Sojuszu musi był Europejczyk. W przypadku MacKaya mogłoby być inaczej z dwu powodów. Po pierwsze, Sikorski przepadł już w grze o fotel w Brukseli, Turcy zaś z pewnością będą chcieli uzyskać w zamian za poparcie nielubianego w świecie islamu Rasmussena. Jeśli ich oczekiwania nie zostaną zaspokojone, prawdopodobieństwo zastosowania strategii „każdy, byle nie Rasmussen” wzrośnie. Po drugie, jak dotąd najgorętszym strażnikiem trzymania się parytetu pochodzenia był Paryż. Francja wracając do struktur wojskowych Sojuszu otrzymała kilka znaczących foteli w europejskich dowództwach, może mieć zatem mniej obaw względem pochodzącego z, na poły francuskojęzycznej, Kanady MacKaya. Jaapa de Hoop Scheffera wybrano po ośmiu miesiącach rozmów. W przypadku mianowania na to stanowisko sytuacja pozostaje otwarta do ostatniej chwili, co zresztą dobrze ilustruje właśnie przypadek ustępującego szefa NATO. Tym razem czasu pozostało niewiele – kadencja obecnego sekretarza upływa z końcem lipca, przy czym warto pamiętać, że jest to kadencja przedłużona (z 4 do 5 lat), ze względu na przypadające w tym roku sześćdziesiąte urodziny Sojuszu. Na jakąkolwiek z opcji nie zdecydowaliby się zatem przywódcy państw sojuszniczych, ich decyzję powinniśmy poznać już w najbliższych dniach. |