Maciej Konarski: Macie czego chcieliście
Żenujące spory, które prezydent i rząd toczą przy okazji prawie każdego międzynarodowego szczytu są prostą konsekwencją polityki prania polskich brudów na zewnątrz, którą jeszcze za poprzednich rządów zapoczątkowały tzw. autorytety.
Polityka nie jest zajęciem dla ludzi o słabych nerwach. Ostre konflikty, podchody, wzajemne podgryzanie się są w tym świecie czymś naturalnym. Jednak w większości państw sprawy dla kraju naprawdę fundamentalne pozostają zwykle poza takimi sporami. Jednak nie u nas.
Od dłuższego czasu Polacy z niedowierzaniem przyglądają się harcom, które ich politycy wyprawiają na arenie międzynarodowej. Żenujące spory o stołek przy stole obrad, wojny o rządowe samoloty, ujawnianie tajnych instrukcji i poufnych dokumentów negocjacyjnych, wzajemne oskarżenia w świetle kamer – to wszystko stało się ostatnio nieodłącznym elementem polskiej polityki zagranicznej. Nie wiem co jeszcze trzymają dla nas w zanadrzu rządzący bo to, że (przykrych) niespodzianek nie zabraknie jest dla mnie pewnym jak śmierć i podatki. Publiczna bójka na szczycie UE? apele do zagranicznych partnerów by nie rozmawiali „z tym drugim”? Pożyjemy zobaczymy.
I tym, jakże kojącym dla polskiej duszy, narzekaniem na polityków mógłbym w zasadzie zakończyć ten tekst. Cały czas jednak mam nieodparte wrażenie, że nie ma skutku bez przyczyny. Przecież to nie pierwsza koabitacja w historii demokratycznej Polski. Różnie wtedy bywało ale nigdy aż tak źle jak obecnie. Były przecież spory kompetencyjne, było wzajemne podgryzanie, ale w sprawach fundamentalnych dla międzynarodowej pozycji państwa politycy potrafili mówić jednym głosem – zarówno ci z prawa jak i z lewa, zarówno byli komuniści jak i byli solidarnościowcy.
Tyle że wtedy nie mieliśmy do czynienia z polityczną wojną totalną, w której wszystkie chwyty są dozwolone. Tymczasem po przejęciu władzy przez rząd PiS polscy politycy, publicyści i przedstawiciele szeroko rozumianych środowisk opiniotwórczych na wyścigi pobiegli do zachodnich kolegów skarżyć się na „strasznych bliźniaków”. Hamulce puściły i polską wojenkę przeniesiono na grunt międzynarodowy.
Dziś Dominika Pszczółkowska lamentuje na łamach Gazety Wyborczej, że nie powinno się „wywlekać wewnętrznych polskich sporów o władzę na forum NATO”. Rychło w czas ta refleksja. „Wywlekania”, Pani redaktor, nie rozpoczął ani Lech Kaczyński, ani premier Tusk czy minister Sikorski. To profesor Geremek, redaktor Michnik, prezydent Kwaśniewski, europoseł Pinior i im podobni jako pierwsi opowiadali zachodnim dziennikarzom i politykom androny o „psuciu demokracji”, „polowaniu na czarownice”, „czy rządach zaścianka”. To eksprezydent wzywał Niemcy do twardej polityki wobec Polski, to alarmy dawnych opozycjonistów sprawiły, że Vaclav Havel wpadł na pomysł wysłania na polskie wybory międzynarodowych obserwatorów.
Gdy wypominałem to jeszcze przed ostatnimi wyborami ciskano na mnie gromy, że dybię na wolność słowa, a przekonanie o konieczności mówienia jednym głosem na forum międzynarodowym jest reliktem rodem z PRl. Mówiłem wtedy, że prawo owszem i nie zobowiązuje – ale przyzwoitość i państwowy instynkt jak najbardziej. Dziś mogę powiedzieć: cóż, proszę Państwa – litera prawa też nie zobowiązuje naszych polityków do unikania gorszących kłótni na arenie międzynarodowej. Macie dokładnie to, czego chcieliście.
Prezydent i premier nie wpadli w amok jak się to często podejrzewa. Po prostu mieli dobrych nauczycieli.
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.


Stefan Bratkowski nie żyje.
Prezydenci chcą zacieśnić współpracę polsko-słowacką