|
Kryzys ekonomiczny dotknął Szwecję w nie mniejszym stopniu niż inne kraje. Szwedzki ma jednak także i swoje własne, krajowe cechy. REKLAMA
Szwedzki kryzys zaczął się podobnie jak gdzie indziej – w sektorze bankowym. Niektórzy prawicowi ekonomiści dalej chętnie udają, że tylko o to chodzi i używają pojęcia „kryzys finansowy”. Centroprawicowy rząd, który dotychczas prowadził ściśle neoliberalną politykę gospodarczą, teraz nie wahał się ani chwili, żeby ratować banki, motywując to tym, że system bankowy jest „krwioobiegiem” gospodarki i jego załamanie oznaczałoby niepowetowaną stratę zaufania dla szwedzkiej ekonomi.
Na ratunek bankom
Rząd wystawił gwarancje dla banków na zawrotną sumę półtora bilionów koron, co odpowiada mniej więcej połowie PKB Szwecji. Nie były z tym związane żadne wymogi, oprócz ograniczenia ekstrawaganckich programów bonusowych dla kierownictw banków, z czego – jak się okazało – dyrektorowie niewiele sobie robili, dalej szczodrze rozdzielając sobie miliony.
Nie udało się uratować banku Carnegie, który miał zbyt dużo „złych” kredytów, a wiele z nich o tak wątpliwym charakterze, że wzbudziło to ogromne zdziwienie: jak to było możliwe w instytucji kredytowej o tak dawnych tradycjach? Carnegie został de facto znacjonalizowany, co można bez wątpienia uznać za ideologiczną porażkę rządu, który teraz desperacko szuka kupca dla swego niechcianego dziecka, co w czasach kryzysu nie jest takie proste.
Specyficzne dla największych szwedzkich banków jest to, że oprócz problemów na rynku krajowym, podobnych do tych, z którymi boryka się większość banków w świecie, są one bardzo mocno zaangażowane w republikach nadbałtyckich, szczególnie na Łotwie.
Szwedzkie banki stoją za około połową wszystkich kredytów udzielonych na Łotwie. Daje im to oczywiście bardzo silną pozycję, w praktyce silniejszą nawet od krajowego banku centralnego. Wykorzystywane jest to przez nie do stawiania nawet żądań politycznych, głównie żądają, żeby Łotwa nie dewaluowała swojej waluty, co z pewnością jeszcze bardziej pogłębia i tak poważny kryzys w tym kraju. Bez wątpienia w tym przypadku mamy do czynienia z pewnego rodzaju imperializmem gospodarczym.
Duża zależność od kryzysowych gospodarek republik nadbałtyckich oznacza także narażenie szwedzkich banków na duże ryzyko. Najbardziej zagrożony jest Swedbank. Szacuje się, że o ile od 6 do 7 procent ich kredytów na Łotwie okaże się bezwartościowe, pociągnie to za sobą nieunikniony upadek banku.
Bezrobocie rośnie
W ostatnim kwartale 2008 r. PKB w Szwecji spadło o 4,9 procent, co jest największym spadkiem w historii w jednym kwartale. Wzrost gospodarczy za cały ubiegły rok wyniósł skromne 0,2 procent. Na rok 2009 prognozy wahają się jak na razie między minus 3 a 4 procent.
Bezrobocie podskoczyło do 8 procent. Oficjalną polityką rządu jest tzw. „linia pracy” – wszyscy mają wejść na rynek pracy. Środkami osiągnięcia tego celu są obniżenie ubezpieczenia od bezrobocia, pogorszenie warunków chorobowego i innych świadczeń socjalnych. Stopa bezrobocia dotychczas utrzymywała się między 5 a 6 procent, co może się wydawać w przypadku Szwecji dość wątpliwym osiągnięciem, szczególnie biorąc pod uwagę, że było to w okresie bardzo dobrej koniunktury.
Krytycy „linii pracy” twierdzą, że jej prawdziwym celem była pośrednia konfrontacja ze związkami zawodowymi, tradycyjnie bardzo silnymi w Szwecji, zrzeszającymi około 80 procent wszystkich zatrudnionych, a w konsekwencji stworzenie jak największej liczby nisko płatnych miejsc pracy. Dobitnym dowodem na to jest fakt, że cięcia w ubezpieczeniu od bezrobocia połączono ze znacznymi podwyżkami opłat za te właśnie ubezpieczenia, co spowodowało niemałą ucieczkę pracowników ze związków zawodowych.
Branża motoryzacyjna na krawędzi
Obecny kryzys częściowo zatrzymał, a nawet odwrócił ten proces. Groźba jeszcze wyższego bezrobocia jest jak najbardziej realna. Kryzys pogłębia się z każdym dniem. Najbardziej dotknięty nim jest przemysł samochodowy, kiedyś symbol szwedzkich sukcesów gospodarczych, z takimi markami, jak Volvo i SAAB. Obie firmy od lat 90. są własnością amerykańskich koncernów: Ford jest właścicielem Volvo, a z General Motors związany jest SAAB. Zwłaszcza SAAB jest w złej sytuacji. GM przeżywa ogromne kłopoty i chce za wszelką cenę pozbyć się SAAB-a, który faktycznie jeszcze nigdy im nie przyniósł zysku. SAAB dostał jeden rok na restrukturyzację, a o ile ta się nie uda, grozi mu po prostu plajta. Włącznie z podwykonawcami dotknęłoby to aż 40 000 ludzi. Ponieważ istnieje także zagrożenie zwolnieniami w Volvo, oznaczałoby to poważny cios dla regionu göteborskiego, gdzie skoncentrowany jest przemysł samochodowy.
W odróżnieniu od Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii rząd szwedzki był dotychczas zadziwiająco bierny. Z jednej strony mówi, że pomoc może być aktualna tylko wtedy, gdy SAAB będzie miał nowego właściciela, aczkolwiek dla wszystkich jest oczywiste, że właściciel może tylko wtedy się znaleźć, kiedy będzie jakaś forma państwowej pomocy dla zakładu. Z drugiej strony, odpowiedzialni ministrowie rzucają populistyczne hasła, że są odpowiedzialni nie za deficytowy przemysł, a szkolnictwo i służbę zdrowia. To nic innego jak czysta demagogia, gdyż rząd w swoim neoliberalnym zaślepieniu przeprowadził cięcia budżetowe i prywatyzował zarówno szkolnictwo, jak i w służbę zdrowia. Krótko po takich demagogicznych wypowiedziach minister przemysłu Maud Olofsson, okazało się, że samorządy, mocno dotknięte skutkami kryzysu, będą zmuszone w całym kraju zwolnić kilka tysięcy nauczycieli.
W tej sytuacji, nie jest być może dziwne, że związek metalowców, potężna organizacja zrzeszająca 400 000 robotników, podpisał umowę z pracodawcami, w której zgodził się na zmniejszenie czasu pracy o jedną piątą. Kierownictwo związku podkreśla co prawda, że umowa nie oznacza obniżenia płatnych stawek, ale mniejsza liczba godzin oznacza przecież mniej pieniędzy dla robotników. Przede wszystkim jest to jednak historyczny wyłom w żelaznej zasadzie związków zawodowych w Szwecji, zgodnie z którą warunki na rynku pracy nie miały być dopasowywane do koniunktury. Nie jest przypadkiem, że szwedzki biznes nie ukrywa swojego zadowolenia z tej umowy.
Przywódcy związku IF Metall bronią się argumentem, że nie mamy do czynienia ze zwykłym kryzysem, ale bardziej z „kataklizmem” – wielkim kryzysem, który pod wieloma względami przypomina lata 30. Wskazują oni także na prognozy, które mówią, że do lata co czwarty metalowiec może być bezrobotny. Celem umowy jest uniknięcie sytuacji, w których zdesperowani robotnicy w zagrożonych miejscach pracy będą gotowi iść na jeszcze gorsze ustępstwa.
Krytycy umowy twierdzą natomiast, że jest błędem zgoda na zrzucenie na barki robotników kosztów kryzysu kapitalizmu. Wskazują także na fakt, że nawet przy zmniejszonym czasie pracy nie ma jakichkolwiek gwarancji, że nie będzie zwolnień.
Lewicowi ekonomiści zwracają też uwagę na to, że niższe de facto zarobki prowadzą do zmniejszenia popytu, co tylko pogłębi kryzys, podobnie jak to się stało w latach 30.
Wszystkie pozostałe związki zawodowe ogłosiły, że nie będą podążać drogą wytyczoną przez kierownictwo związku metalowców.
Niespodziewanie kryzys odbije się też na emeryturach. Nowy system emerytalny – oparty na funduszach emerytalnych – jest ściśle związany z rozwojem gospodarki krajowej. Teoretycznie istnieje tzw. „hamulec”: kiedy długi sytemu przekraczają jego zasoby, automatycznie zmniejsza się wysokość wypłat emerytur. Oczywiście w neoliberalnej świadomości twórców tego systemu do takiej sytuacji po prostu miało nie dojść. Dzisiaj niestety stało się to faktem i eksperci szacują, że w przyszłym roku emerytury przeciętnie mogą zostać obniżone o około 500 koron. Uderzy to rzecz jasna najbardziej w osoby o niskich emeryturach, a takich jest w Szwecji coraz więcej.
Pat w polityce
Sposób szwedzkiego rządu na radzenie sobie z kryzysem dotychczas cechuje się następującym rytuałem: najpierw zaprzecza się całkowicie, że rząd może czy też powinien coś zrobić, aby zapobiec konkretnemu problemowi – oczywiście powołując się na „odpowiedzialność” – i krótko potem, kiedy jasno już widać, że konsekwencje mogą być poważne, zmienia się nagle zdanie, ponownie pod hasłem „odpowiedzialności”, i głosi na lewo i prawo o sumach, które rząd przeznacza na pomoc. Rezultat jest taki, że robi się za mało, a przede wszystkim za późno. Stąd też skutki działań antykryzysowych są bardzo ograniczone, a czasem wręcz kontrproduktywne.
Mimo to notowania rządu są dość dobre. Politolodzy tłumaczą to tym, że w czasach kryzysu ludzie trzymają się istniejących struktur, odzywa się w nich swego rodzaju konserwatyzm. Duże znaczenie ma też z pewnością jedność koalicyjnego rządu. Składa się on z czterech partii i problemem tych trzech mniejszych jest groźba, że partia konserwatywna (Moderaterna), która sama jest większa od swoich pozostałych koalicjantów razem, może po prostu wchłonąć którąś z parti. W ostatnich badaniach opinii publicznej partia chrześcijańskich demokratów (Kristdemokraterna) jest poniżej pułapu czteroprocentowego, który jest wymagany dla reprezentacji w parlamencie.
Nie bez znaczenia jest też zachowanie opozycji. Składa się ona z trzech partii: socjaldemokratycznej – która jest w dalszym ciągu największą partią w kraju, postkomunistycznej Lewicy (Vänsterpartiet) i Zielonych. Współpracują one teraz ze sobą, jednak często dochodzi między nimi do zgrzytów. Szczególnie mocne tarcia są między Zielonymi a Lewicą. Prawica socjaldemokracji, która dominuje w partii, też nie jest zbyt zachwycona współpracą z postkomunistami.
Opozycja dotychczas efektownie krytykowała posunięcia rządu, natomiast nie potrafiła przedstawić wiarygodnej alternatywy. Powód jest najprawdopodobniej bardzo prosty – ona takiej alternatywy niestety nie ma.
Mogłoby się wydawać, że tak poważny kryzys kapitalizmu powinien oznaczać dużą szansę dla lewicy. Jak na razie – niestety – niewiele na to wskazuje. Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.
Artykuł ukazał się pierwotnie w "Trybunie Robotniczej" Przedruk za zgodą redakcji. |