Philippe Leymarie: Powrót Francji do NATO
-
Philippe Leymarie
Czy powrót Francji do struktur NATO jest akcją o charakterze czysto reklamowym, mającą przywrócić Paryżowi miejsce na międzynarodowej arenie, czy też przemyślanym działaniem „Sarkozy’ego-Amerykanina”, pragnącego zakończyć raz na zawsze erę gaullizmu?
Zdarza się, że w siedzibie NATO, olbrzymim, ponurym kompleksie z lat 60. XX w. położonym w Evere, północno-wschodnich przedmieściach Brukseli, sieć głośni- ków zagrzmi ostrzegawczo: „Uwaga wąglik!”. Po czym natychmiast zamykane są wszystkie wyjścia, organizuje się kordon bezpieczeństwa, ustawia namiot dekon- taminacyjny. Wokół uwijają się strażacy w kombinezonach NRBC [1]: po raz drugi w przeciągu kilku tygodni jeden z agentów otrzymał podejrzaną przesyłkę. Sam per- sonel nie wydaje się natomiast przywiązywać większej wagi do zdarzenia: rzeka cywilów i wojskowych płynie nieprzerwanie niekończącymi się korytarzami i przej- ściami, tworząc istną wielonarodowościową wieżę Babel. Automatyczne bramki połykają identyfikatory: zielone, należące do „ekspertów narodowych” państw członkowskich, i żółte, przyznawane przedstawicielom państw „partnerskich”.
Pozostałym osobom towarzyszyć musi ktoś z tutejszego personelu. Przy wejściu, zgodnie z instrukcją, torbę należy trzymać blisko ciała, bramki wyposażone są bowiem w czujniki mogące zinterpretować przenoszone przedmioty jako próbę wejścia dodatkowych osób na ten sam identyfikator. Parkingi i zabudowania wspólne znajdują się w strefie „kontrolowanej”; biura państw partnerskich mają miejsce w sektorze „o ograniczonym dostępie”; delegacje państw NATO, Sekretariat Międzynarodowy i wojskowy Sztab Główny umiejscowiono zaś w strefie „bez- pieczeństwa”.
Sojusz zawsze na czasie?
W brukselskich budynkach, które sztab generalny NATO zajął w 1966 r., po przymusowym opuszczeniu regionu paryskiego, perspektywa pełnego ponownego przystąpienia Francji, „niepokornego ex-sojusznika [2]”, do struktur militarnych Sojuszu wzbudza spore zainteresowanie, a nawet entuzjazm. „We Francji NATO budzi niezmiennie gwałtowne, sprzeczne uczucia…”, stwierdza Jean-François Bureau, który zanim jeszcze objął w organizacji najwyższe stanowisko, jakie kiedykolwiek przyznano Francuzowi, zastępcy Sekretarza Generalnego ds. Dyplomacji Publicznej, pełnił w Paryżu zarówno pod rządami lewicowymi jak i prawicowymi funkcję rzecznika w ministerstwie obrony narodowej.
Jako zbrojne ramię „wolnego świata”, służące interesom amerykańskiego supermocarstwa, NATO mogło przestać istnieć w chwilą rozwiązania Układu Warszawskiego i rozpadu Związku Radzieckiego, przypomina Paul Quiles, były socjalistyczny Minister Obrony Narodowej Francji. Ale Amerykanie i ich sojusznicy postanowili zachować organizację, powierzając jej nowe zadania i poszerzając zakres działania [3]. Wśród owych nowych misji figuruje walka z terroryzmem, o którym obecny Sekretarz Generalny NATO, Holender Japp de Hoop, powiedział, iż jest „największym zagrożeniem dla Sojuszu” [4].
„W Afganistanie, Sojusz stawia czoła konfliktom nowego rodzaju, które stanowią dla niego prawdziwe wyzwanie.” Jak większość jego współpracowników, Bureau nie przestaje myśleć i mówić o tym odległym konflikcie. „Zmniejszenie skali hiperterroryzmu i ugruntowanie procesów stabilizacyjnych są powiązane ze sobą w tym regionie, który jest ważniejszy dla naszego bezpieczeństwa niż powszechnie się uważa.”
Talibowie, plemiona, prowincje, wybory, zamachy, wojska, policja, narkotyki, stabilizacja sytuacji w sąsiednim Pakistanie… wszystko to składa się na tę najważniejszą obecnie operację wojskową Sojuszu, po raz pierwszy tak bardzo oddaloną od jego naturalnych granic. Widać w niej też najdobitniej ślepe posłuszeństwo w stosunku do „amerykańskiego ojca chrzestnego”. Ów nie tylko definiuje główne kierunki działania Sojuszu, ale i dostarcza blisko połowę jego wojsk i prowadzi na wschodzie i południu kraju, na własne konto, operację „Enduring Freedom” (Trwała Wolność), mającą na celu ukaranie odpowiedzialnych za przeprowadzenie zamachów z 11 września i likwidację struktur Al-Kaidy [5]. „W Afganistanie, twierdzi Bureau, niczym w soczewce ogniskują się wszystkie nowe zagrożenia, które wymusiły przekształcenie NATO: wojna asymetryczna, terroryzm, nielegalny handel…”.
Tuż po objęciu urzędu prezydenta Barack Obama zarządził ponowną, szczegółową analizę kwestii afgańskiej, dając tym samym do zrozumienia, iż chce z niej uczynić „swoją” wojnę, zwłaszcza w kontekście planowanego częściowego wycofania sił amerykańskich z Iraku. „W obecnych czasach, gdy każdy dysponuje jedynie ograniczonymi środkami, komentuje Bureau, nikt, nawet Ameryka, nie może samodzielnie podejmować takich wyzwań.”
10 marca w Brukseli, krótko przed przedstawieniem podczas szczytu w Strasburgu, przewidzianym na 3-4 kwietnia, nowej strategii afgańskiej proponowanej przez Waszyngton, wiceprezydent USA, Joseph „Joe” Biden, w dość zaskakującym przemówieniu wygłoszonym przed Radą Atlantycką, odwołał się do „obywatelskiego poruszenia”. Kilkakrotnie powtórzył, że rozwiązanie kwestii afgańskiej wykracza poza sam wymiar wojskowy, posuwając się do przedstawienia czynników koniecznych dla przeprowadzenia reformy rolnej w każdej ze stref kontrolowanych przez siły NATO. Nowa amerykańska władza wykonawcza broni również idei współpracy z „umiarkowanymi talibami”, podobnie jak zaangażowania Pakistanu, państw Azji Środkowej, Rosji, a nawet Iranu w „proces pacyfikacji” kraju. „Wszystko [jednak] zależeć będzie od tego, czy zachodni żołnierze zdołają swym przykładem pociągnąć za sobą miejscowych ludzi”, analizuje jeden z ekspertów [6].
Obok pokazowej interwencji w Afganistanie, od października 2001 r. NATO prowadzi operację morską „Active Endeavour”, zainicjowaną w kontekście zamachów z 11 września. W ciągu 8 lat w regionie Morza Śródziemnego poddano kontroli setki tysięcy statków, przeprowadzając ponad 160 zatrzymań. Według propagatorów tej akcji o charakterze prewencyjnym, pozwoli ona zdobyć szczegółowe dane o nielegalnym handlu i pomoże w skutecznej walce z mafią. „Staramy się utrudnić życie wrogim elementom, tłumaczy pewien oficer marynarki, który zadaje równocześnie kłam wszelkim nieprawdziwym stwierdzeniom: Mandat sił nie obejmuje kwestii migracji.” Udział w niej wzięły również floty państw nie będących członkami NATO, w tym rosyjska.
Dwuznaczny francuski powrót
Ogłaszając oficjalnie zamiar pełnego i całkowitego przystąpienia do Sojuszu, w przemówieniu na zakończenie spotkania w Szkole Wojskowej, 11 marca 2009 r., prezydent Nicolas Sarkozy powtórzył kilkakrotnie, że Francja należy do rodziny zachodnich demokracji: „Francja nie może zatrzymywać się w połowie drogi do całego świata, czyli nigdzie. Nasze zbliżenie z NATO służy wzmocnieniu niezależności narodowej, podczas gdy deklarowane, ale nigdy nie zrealizowane odejście z NATO ogranicza nasze pole manewru.” Czy słowa te, wypowiedziane przez głowę państwa, są czymś w rodzaju jednej z wielu akcji o charakterze czysto reklamowym, mających przywrócić Paryżowi miejsce na międzynarodowej arenie i podbudować jego pozycję w kontekście poważnego kryzysu finansowego i społecznego? Czy też byłoby to przemyślane i poparte ideologicznymi przesłankami działanie „Sarkozy’ego-Amerykanina”, świadomie proliberalnego, pragnącego zakończyć raz na zawsze erę gaullizmu, do którego dziedzictwa nigdy tak naprawdę się nie odwoływał?
W 1958 r. generał de Gaulle odrzucił projekty amerykańskiego sekretarza stanu Johna Fostera Dullesa, planującego stworzenie regionalnego systemu obrony za pomocą głowic średniego zasięgu i amerykańskiej taktycznej broni nuklearnej rozmieszczonych na terytoriach państw europejskich. Francja, zapowiedział de Gaulle, nie zgodzi się nigdy na takie rozwiązanie, chyba że mogłaby bronią tą w pełni dysponować (na co Waszyngton nie mógł oczywiście przystać), w przeciwnym razie będzie musiała zrealizować własny program zbrojeń nuklearnych [7].
W zamyśle generała, Francja miała prowadzić ambitną politykę zagraniczną, ukierunkowaną na wszystkie kontynenty, proponującą tzw. „trzecią drogę” tym, którzy kwestionowali amerykańską hegemonię obawiając się równocześnie zbliżenia ze Związkiem Radzieckim. Kilka lat później, w 1966 r., de Gaulle ostatecznie podjął decyzję o wyjściu Francji ze struktur militarnych i zamknięciu baz oraz budynków NATO.
Odwołując się do „logiki bloków” nieco już przestarzałej, opcja, na którą postawił Sarkozy, zmierza w kierunku radykalnie odmiennym. W kręgach decyzyjnych organizacji transatlantyckiej, w ostatnich tygodniach zachowywano się z wyjątkową ostrożnością, by nie zaprzepaścić szansy na powrót „syna marnotrawnego”. Minimalizowano również zakres „francuskiego wyjątku” – „To Francja postanowiła opuścić sojusz i to ona podjęła decyzję o powrocie” – gdy tymczasem, będąc czwartym co do wielkości płatnikiem Sojuszu, bierze ona udział w pracach 36 z 38 głównych komitetów NATO, z wyjątkiem Komitetu Planowania Obronnego (DPC) i Grupy Planowania Nuklearnego (NPG); dodatkowo od 2004 r. francuscy generałowie dowodzą na Bałkanach i Afganistanie.
„Francja sięgała do kasy i płaciła cenę krwi w Afganistanie [8]. Teraz zyska wpływ na podejmowane decyzje”, komentuje jeden z ekspertów organizacji, zaskoczony „polemikami” wywołanymi perspektywą całkowitej reintegracji. Zdaniem innego dyplomaty, jeżeli w ogóle można mówić o jakimś francuskim wyjątku, był on wyłącznie natury politycznej: powrót zaś jest wynikiem zwykłej „racjonalizacji”, i „zerwaniem z pewną niekonsekwencją”. Decyzja ta, politycznie obciążona tak wielkimi implikacjami, w wymiarze technicznym okazuje się łatwa do realizacji: jako „ostatni krok”, zwykłe „dostosowanie” przedstawił całą sprawę premier François Fillon, gdy 17 marca w przemówieniu przed Zgromadzeniem Narodowym brał odpowiedzialność za nią na siebie i swój rząd.
Za początek starań Francji o powrót do NATO uznać należy rok 1995, kiedy to urząd prezydenta Republiki objął Jacques Chirac. Paryż postanowił wówczas uczestniczyć w spotkaniach ministrów obrony narodowej i włączyć swoich dowódców sztabu generalnego do Komitetu Wojskowego, oddając tym samym swoje siły wojskowe do dyspozycji Sojuszu [9].
W tych ostatnich tygodniach również delegacja francuska w siedzibie Brukseli-Evere zachowywała się nad wyraz dyplomatycznie, by nie komplikować negocjacji dotyczących powierzenia Francji naczelnych dowództw. W rozmowach, które miały się zakończyć dopiero w przeddzień szczytu z 3-4 kwietnia i które będą toczyć się do końca roku, ważą się losy 50 wyższych oficerów i 800 wojskowych, przydzielonych do różnych organów Sojuszu. Jednak niektórzy delegaci zgłaszają pewne zastrzeżenia: „Ludzie przyglądają się nam na korytarzach: jak to możliwe, że po 43 latach taktyki pustego krzesła Francuzi otrzymują niektóre dowództwa [Norfolk w Wirginii i Lizbona w Portugalii] zajmowane dotąd wyłącznie przez Amerykanów?”.
Większość państw członkowskich wyraża zadowolenie z powrotu Francji. Te jednak, które dotąd najbardziej konsekwentnie wspierały Waszyngton, jak Wielka Brytania czy Polska, i mogły liczyć na „nagrodę za wierność”, obawiają się koniecznych ustępstw na rzecz francuskich wojskowych, ustępstw tym trudniejszych do zaakceptowania, że rozpoczęły się już wstępne rozmowy na temat redukcji o Ľ liczebnoúci sztabów NATO (które powinny zmniejszyă sić z 17 tys. do 13 tys. osób). Czy jednak narodowość tych wojskowych, których głównym zadaniem jest przekazywanie instrukcji Pentagonu, ma rzeczywiście tak wielkie znaczenie?
By uzasadnić powrót Francji na łono „zachodniej rodziny”, rząd Sarkozy’ego podkreśla fakt, iż NATO, które przeszło w ostatnich 15 latach głębokie przeobrażenia, okazało się zdolne do zarządzania kryzysami poza regionem atlantyckim. Francuskie nuklearne siły odstraszające utrzymałaby niezależność; w grę nie wchodzi żadne automatyczne zaangażowanie sił wojskowych, w okresie pokoju żaden oddział nie będzie na stałe służył pod dowództwem sojuszu.
Zadowoleni z reintegracji i upadek idei obrony europejskiej
Kryzys gruziński, udowodnił, że NATO, „gdzie nic nie dzieje się bez konsensu”, może doprowadzić do powstrzymania wojennych zapędów amerykańskich i wschodnioeuropejskich. Podobnie, podczas poprzedniego szczytu NATO w Bukareszcie, w kwietniu 2008 r., Francja i Niemcy zdołały odwieść prezydenta George’a W. Busha od poparcia dla przystąpienia do NATO Gruzji i Ukrainy.
Francuscy wojskowi, którzy nie są nieczuli wobec perspektywy czekających na nich prestiżowych stanowisk w dowództwach sojuszu, określanych żartobliwie jako „operacje zewnętrzne bez ryzyka śmierci w walce” [10], przygotowywali się już od 10 lat, by być w pełni „NATO-kompatybilni”: w 2007 r. sztab ds. wielonarodowościowych mieszczący się w cytadeli w Lille uzyskał certyfikat „High Readiness Force” (HRF), może on zarządzać do 60 tys. osób; wyżsi oficerowie dowodzili już operacjami zewnętrznymi lub siłami ostrzegawczymi. Także procedury i sprzęt stosowany w jednostkach krajowych w większości są już obecnie „interoperacyjne”, czyli zgodne z normami NATO!
W Brukseli francuscy wojskowi liczą na to, iż mimo kryzysu pełna reintegracja Francji w ramy NATO stanie się bodźcem stymulującym dla europejskiego przemysłu zbrojeniowego: „państwa wschodu nie chciały dotąd kupować we Francji, obawiając się urazić Amerykanów”, podkreśla pewien generał. „Od 40 lat sami sobie podstawiacie nogę jeżeli chodzi o myśliwce”, powiedział mi znajomy z jednego z tych państw. Dotąd w przypadku Rafale działaliśmy w pojedynkę, nie jest to jednak już możliwe.” W ostatnich latach przepaść technologiczna pogłębia się nieustannie między Ameryką a Europą. Jeżeli nie zniweluje się jej, alarmuje generał, „trzeba będzie pogodzić się z perspektywą, że US Army jako jedyna będzie w stanie pokryć zapotrzebowanie na pełen wachlarz środków i technologii na czas wojny i pokoju, armie europejskie ograniczą się zaś do roli wsparcia”. Już teraz brytyjskie nuklearne siły uderzeniowe uzależnione są całkowicie do amerykańskich dostawców. A państwa „nowej Europy”, niegdyś klienci ZSRR, nastawione są praktycznie całkowicie na amerykańskie firmy zbrojeniowe, ze szkodą dla przemysłu europejskiego, który z trudem stara się zjednoczyć.
Świadomy nikłych postępów Europy w zakresie polityki obrony Paryż, dla którego punkt ten był warunkiem przystąpienia do NATO, mówi obecnie o „drodze pragmatyzmu”, zgodnie ze słowami François Fillona: autonomię można uzyskać stopniowo, w miarę jak w ramach Sojuszu wytwarzać się będzie „bardziej zrównoważony stosunek między Ameryką a Europą, gdy ta ostatnia dojrzeje do poważnego potraktowania kwestii obronności”. [11] Warto również przytoczyć słowa, które padły wprawdzie w siedzibie Sojuszu, ale tylko w prywatnej rozmowie: „Europejska Polityka Bezpieczeństwa i Obrony [EPBiO] zawiodła: osiągnięcia francuskiej prezydencji w Unii Europejskiej okazały się mierne. Sojusznicy nie chcą polityki militarnej poza NATO. Jeśli EPBiO, to tylko w ramach NATO!”.
Takie jest rzeczywiście stanowisko Brytyjczyków, którzy niezmiennie blokują powstanie autonomicznego ośrodka dowodzenia Unii Europejskiej, proponując raczej powrót NATO do zarzuconej po upadku muru berlińskiego praktyki utrzymywania regularnych sił zbrojnych złożonych z 3 tys. żołnierzy, które to siły – według brytyjskiego Ministra Obrony Narodowej Johna Huttona – pomogą odbudować poczucie bezpieczeństwa w krajach Europy Wschodniej, zaniepokojonych od czasu interwencji armii rosyjskiej w Gruzji w sierpniu 2008 r., i przekonać do wysłania oddziałów do Afganistanu te państwa, które do tej pory były w tym względzie dość ostrożne.
Według byłego Ministra Spraw Zagranicznych Francji, Huberta Vedrine, nie należy żywić złudzeń w kwestii obrony europejskiej: „Podejmowane przez UE działania mają znaczenie marginalne, zasięg zaś peryferyjny. To ruchy pozorowane mające usprawiedliwić zwykłą bezczynność. Europejscy sojusznicy Francji nie chcą prawdziwej polityki obronnej”. [12] Vedrine obawia się, że Europa, a obecnie także Paryż, swoją postawą usankcjonują istnienie dominującego „bloku zachodniego”. Nawet jeśli większość państw członkowskich NATO należy również do Unii Europejskiej, z półsłówek padających w kuluarach siedziby NATO można wywnioskować, że stosunki polityczne z europejskimi strukturami układają się źle. „W sytuacji gdy większość państw członkowskich należy równocześnie do obu organizacji, nie można przedstawiać wizji A w NATO i wizji B w Unii”, podsumowuje jeden z wysokich urzędników Sojuszu, który próbuje walczyć z tą „schizofrenią”, dzielącą na dwie części miasto, gdzie swoje siedziby mają i NATO i UE: ich formalna współpraca ogranicza się do udzielenia przez NATO pomocy logistycznej dla operacji europejskiej w Bośni. De Hoop usiłuje, nie bez trudu, znaleźć jakiś „nieformalny i złożony” sposób prowadzenia rozmów między UE a NATO”, w których spotykają się kraje o podwójnej przynależności, kraje nie będące członkami Unii (Islandia, Norwegia, Turcja, Stany Zjednoczone, Kanada) oraz kraje nie należące do NATO (Cypr, Irlandia, Szwecja, Finlandia, Malta). Źródłem niekończących się sporów są dodatkowo kwestie turecka, cypryjska, macedońska, chorwacka, nie wspominając już o konflikcie izraelsko-palestyńskim.
Rywalizacja między obiema organizacjami dotyczy również ich zakresów działania, które często zachodzą na siebie. Niektórzy uważają, że wyjściem byłby podział obowiązków: kompetencje Unii Europejskiej przykładowo miałby obejmować następujące dziedziny – policję lub żandarmerię, walkę z piractwem, operacje na obszarze Afryki, a nawet konflikt na linii Izrael – Palestyna (w który Sojusz stara się zasadniczo nie angażować) [13]. NATO zajmowałoby się natomiast interwencjami zbrojnymi, które i tak stanowią podstawę jego działania. Jednak, jak podkreśla francuska Livre blanc sur la défense et la sécurité, „przypisanie do NATO operacji o wysokiej intensywności, do Unii Europejskiej zaś konfliktów o tzw. niskiej intensywności, misji stabilizacyjnych i odbudowy, pozbawione jest realistycznych przesłanek”. [14]
Rozszerzenie terytorialne i strategiczne
Kolejna istotna dla NATO kwestia to polityczne rozszerzenie na Wschód. Sojusz, utworzony w 1949 r. przez dwanaście państw, liczy ich obecnie 26, wkrótce ma się powiększyć o kolejne dwa. „Gdzie to się zatrzyma? Nie wiadomo, komentuje osoba z otoczenia Sekretarza Generalnego. NATO to sojusz wartości. Każda prośba o przyjęcie powinna zostać uwzględniona”. I tak Albania i Chorwacja, jako zaproszeni członkowie, co jest ostatnim etapem przed ostateczną integracją, należą już do Rady Atlantyckiej. Czy słuszne jest dalsze rozszerzanie Sojuszu i jaki sens ma angażowanie tak wielkiej liczby krajów do obrony jednego z nich, zgodnie ze słynnym „artykułem 5”? W Brukseli zaprzecza się, iż NATO pretenduje do tego, by stać się organizacją „wszechobecną”: „Nie możemy zamienić się w jeszcze jedną Organizację Narodów Zjednoczonych.” Oficjalnie wszystkie misje, oprócz operacji „Endeavour” w Afganistanie, odbywają się w ramach mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ. Jednak 23 września 2008 r. Ban Ki-Moon oraz de Hoop podpisali dyskretnie ugodę faktycznie przyznającą Sojuszowi status współodpowiedzialnego za utrzymanie pokoju na świecie. W latach 90. XX w., w kontekście kryzysu jugosłowiańskiego Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ) uczyniła z NATO swoje „zbrojne ramię”, nie zważając na zależność tegoż od Stanów Zjednoczonych.
Organizacja, pragnąc uzasadnić swoją przydatność, poprzez rozszerzenie swoich misji (misje ekspedycyjne, kontrola stref, pomoc humanitarna w przypadku katastrof, itd.) oraz terytorialnego zakresu działania (aż do Azji Środkowej i Południowej), przedstawia się często jako „wsparcie wojskowe” ONZ i szczyci się wspólnymi operacjami „partnerskimi” prowadzonymi na terenie Bałkanów i Kaukazu oczywiście, ale i Maghrebu (Dialog Śródziemnomorski) czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich (Inicjatywa Stambulska). „Nawet Kolumbia i Singapur dołączyły do nas w Afganistanie w ramach Międzynarodowych Sił Wspierających Bezpieczeństwo (ISAF)!”.
„Drzwi są otwarte dla wszystkich, z wyjątkiem Rosji” skarży się natomiast Dimitrij Rogozin, stały przedstawiciel Moskwy przy NATO, który także posiada swoje biura w siedzibie w Brukseli-Evere. Dla niego rozmowy na temat przyjęcia do Sojuszu państw graniczących z Rosją to „niemiłe zaskoczenie”. „W naszym odczuciu to obcy blok wojskowy, który dodatkowo miesza się w wewnętrzne problemy polityczne państw”, dramatyzuje dyplomata rosyjski, twierdząc, iż szczyt w Bukareszcie w kwietniu 2008 r. stanowił w jakimś sensie zielone światło dla Gruzji, by ta zbrojnie rozwiązała konflikt z Południową Osetią.
„Kto decyduje o tym, że Ukraina jest kandydatem? Prezydent? Jego żona?” żartuje Rogozin, dodając złośliwie, że tylko 25% Ukraińców jest przychylnych integracji z NATO, czyli mniej niż w przypadku Rosjan, gdzie odsetek ten wynosi... 35%! Cieszy się jednak, iż NATO „wreszcie rozumie, że nie jest możliwe rozwiązanie najmniejszego choćby problemu w regionie euroatlantyckim bez udziału Moskwy”. Przekonany o tym, że Zachód usiłuje otoczyć Rosję, prezydent Dmitrij Miedwiediew zapowiedział 17 marca przystąpienie do „zbrojeń na szeroką skalę”.
„NATO nie traktuje Rosji jako wroga”, słowa te powtarza się w siedzibie Sojuszu nieustannie, w obawie przed powrotem do logiki dwubiegunowości, jak za czasów zimnej wojny. „Jest to partner trudny, z którym próbujemy na nowo nawiązać dialog, po ochłodzeniu stosunków spowodowanym kryzysem gruzińskim. Co nie daje jednak Rosji prawa wglądu w rozwój wydarzeń w zakresie rozszerzenia NATO na Wschód”. Na początku marca nowa amerykańska Sekretarz Stanu, Hillary Clinton, pomimo rezerwy wykazywanej przez wiele krajów członkowskich z Europy Wschodniej, zatwierdziła wznowienie formalnych stosunków z Rosją, po 6 miesiącach zawieszenia. Tego samego dnia Rogozin, z dumą oświadczył w Brukseli, że Moskwa wyraziła zgodę na przejazd przez swoje terytorium pociągu z amerykańskim sprzętem dla oddziałów NATO w Afganistanie...
Francja autoryzuje amerykańską dominację
Niemniej jednak wielu obawia się, że powrót Francji do struktur NATO – oceniany w najgorszym przypadku jako niepotrzebny, a w najlepszym jako przedwczesny – doprowadzi do zakwestionowania specyfiki pozycji dyplomatycznej Francji, która chciałaby nadal odgrywać rolę rozjemcy. Sprawowanie tej roli napawało taką dumą czterech byłych ministrów francuskich, zarówno prawicowych jak i lewicowych: Laurenta Fabiusa, Alaina Juppé, Dominique’a de Villepin oraz Lionela Jospina.
Korzyści płynące dla Paryża z otrzymania dwóch dowództw, dzięki którym powrót Francji do NATO określa się jako „wejście frontowymi drzwiami” [15], wywołują jednak polemiki. Francja, znajdująca się na czele Strategicznego Dowództwa Sił Sojuszniczych NATO ds. Transformacji (ACT) zlokalizowanego w Norfolk, pierwszego, z którego w ciągu 60 lat istnienia Sojuszu Amerykanie zrezygnowali, zyskuje kontrolę nad „transformacją”, które to słowo określa ideologię NATO od czasu upadku muru berlińskiego. Kryje się za nim, jak tłumaczy pewien dyplomata, faktyczne przygotowanie wojsk do przejścia z pozycji statycznej do ekspedycyjnej: „Główną kwestią pozostaje wspólne bezpieczeństwo, a więc artykuł 5. Jedyne, co się zmienia, to zapewnienie tego bezpieczeństwa poprzez wyjście poza granice Sojuszu.”
Dowództwo w Norfolk będzie musiało również dopracować i zmodernizować lekko już przestarzałą koncepcję strategiczną Sojuszu, wziąć pod uwagę „niepewność strategiczną” oraz nowe zagrożenia (terroryzm, cyberprzestępczość, piractwo, broń chemiczną czy biologiczną, itd.) a także kwestię obrony antyrakietowej czy kontaktów z Unią Europejską. I na nowo zdefiniować artykuł 5 traktujący o obowiązku wzajemnej pomocy. Quiles uważa jednak, że „nadzieja na wywarcie wpływu na proces planowania obrony jest złudna, gdyż jest on w rzeczywistości podyktowany doktryną użycia wojsk amerykańskich”.
Natomiast dowództwo w Lizbonie, powierzone również Francuzowi, jest tylko jednym z 9 regionalnych sztabów Sojuszu: podlegają mu Siły Szybkiego Reagowania, których początkowa liczebność (50 tys. żołnierzy) została z braku środków zredukowana o połowę.
Amerykanie zachowują oczywiście Naczelne Dowództwo Połączonych Sił Zbrojnych w Europie (SHAPE), z kwaterą generalną w Mons, w Belgii, stanowisko, które od 2002 r. obejmuje dowódca Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych w Europie, co stanowi już niemałe wyzwanie i mówi samo za siebie.
tłum. Lucyna Mazur
Przypisy:
[1] Przeciw czynnikom nuklearnym, radiologicznym, biologicznym i chemicznym.
[2] Pierre Lellouche, L’Allié indocile, Editions du Moment, Paryż, marzec 2009. Autor, były przewodniczący zgromadzenia parlamentarnego NATO, został niedawno wybrany na stanowisko specjalnego przedstawiciela Francji w Afganistanie i Pakistanie.
[3] Cf. paul.quiles.over-blog.com
[4] Por. „L’Alliance atlantique a la recherche de nouvelles missions”, dossier Le Monde diplomatique, kwiecień 2008.
[5] NATO zaangażowało się w wojnę w Afganistanie w zastosowaniu artykułu 5 karty transatlantyckiej, która zakłada na państwa członkowskie sojuszu obowiązek solidarności w razie zewnętrznego ataku na jedno z nich.
[6] 19 marca, Herald Tribune (Paryż) zaprezentował „to, co może być” nowa strategia amerykańska: marginalizacja NATO, którego państwa członkowskie odmawiają dalszego angażowania się w wojnę w Afganistanie, i ustanowienie koalicji „państw wolontariuszy”. Szczyt w Strasburgu ma potwierdzić lub zdementować tę informację.
[7] Paul-Marie de la Gorce, „Aux sources de la dispute franco-américaine”, Le Monde diplomatique, marzec 2003.
[8] 170 do 175 mln euro rocznie.
[9] Henri Olivier i Gabriel Arnoux (pseudonimy dwóch specjalistów ds. kwestii strategicznych), „Le retour dans l’Otan est un renoncement”, Terranova, 6 marca 2009. I Paul-Marie de la Gorce, „Retour honteux de la France dans l’OTAN”, Le Monde diplomatique, styczeń 1996.
[10] Reuters, 26 lutego 2009.
[11] Hervé Morin, Minister Obrony Narodowej Francji, Afp, 5 marca 2009.
[12] Spotkanie w Institut des relations internationales et stratégiques (IRIS), Paryż, 3 marca 2009.
[13] Comité de Surveillance OTAN (www.csotan.org) ujawnia, że Sekretarz Generalny Sojuszu odmówił potępienia izraelskich bombardowań w strefie Gazy, do których doszło podczas ostatniej ofensywy, i cytuje wiele mówiące w tym kontekście słowa izraelskiej Minister Spraw Zagranicznych, Cipi Liwni, wygłoszone z okazji forum Izrael-NATO: „Cywilizacja zachodnia i wspólnota atlantycka sa naturalnym środowiskiem Izraela”.
[14] Livre blanc sur la défense et la sécurité nationale, Odile Jacob, La Documentation française, Paryż, czerwiec 2008.
[15] Pierre Lellouche, w LCI, 17 marca 2009.


Politycy chwalą, rolnicy ganią. Umowa Unii Europejskiej z Australią wzbudza kontrowersje
Holandia chce się zbroić, ale bez unijnych planów
Europejscy rolnicy mierzą się z wieloma problemami
Zatrzymanie imigracji przez Tunezję to nie tylko koszt finansowy