|
Wojna domowa w Demokratycznej Republice Kongo (d. Zair) nie jest zbyt dobrze znana światowej opinii publicznej. Tymczasem specjaliści oceniają, że świat nie widział bardziej krwawego konfliktu zbrojnego od 1945 r. Wojna, w której w szczytowym momencie uczestniczyło sześć sąsiednich państw pochłonęła już ponad 4 miliony ofiar – zabitych w walce, zamordowanych, najczęściej jednak zmarłych z głodu i chorób – a podczas jej trwania popełniano chyba wszystkie możliwe zbrodnie. Trwający z przerwami od 1994 r. konflikt zdestabilizował ponadto region afrykańskich Wielkich Jezior i doprowadził Demokratyczną Republikę Kongo do faktycznego upadku jako państwa, z którego podnosi się ona bardzo powoli. Mimo formalnego zakończenia wojny w grudniu 2002 r., wciąż ginie tam 38 tys. ludzi miesięcznie.
REKLAMA
Strona 1 z 3 Każdy z aktorów tego konfliktu miał rzecz jasna ideologiczną podbudowę dla swych zbrodni. Wszystkie strony szermowały podczas jego trwania szczytnymi hasłami, spośród których „demokracja”, „sprawiedliwość” i „samoobrona” były chyba najczęściej przytaczane. Obserwatorzy z zewnątrz często byli z kolei skłonni szukać przyczyn wojny w plemiennych i kulturowych różnicach, w secesjonizmie poszczególnych prowincji, w międzynarodowych ambicjach przywódców sąsiednich państw. Wszystko to bez wątpienia prawda, lecz nie można zrozumieć specyfiki kongijskiego konfliktu bez uwzględnienia jeszcze jednego elementu. Nie odkryję Ameryki przypominając stare przysłowie, że „Gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Tak też było i w Demokratycznej Republice Kongo. Ten wyjątkowo bogaty w naturalne surowce kraj stał się łakomym kąskiem dla sępów wszelkiego autoramentu, które wykorzystywały trwający w nim chaos do nabijania swojej kieszeni. Walka państw o zyski ze złóż kongijskich surowców, chciwość lokalnych watażków, interesy międzynarodowych kompanii górniczych – to wszystko stanowiło powód, dla którego 4 miliony ludzi musiało zginać. O tym, „przyziemnym”, aspekcie kongijskiej wojny będzie mówił ten artykuł. Łakomy kąsek Kongo jest krainą wyjątkowo obficie obdarowaną przez naturę. Cenne i rzadkie surowce naturalne występują w niej tak licznie, że określa się ją jako „Geologiczny skandal”. Kongijska ziemia skrywa złoża miedzi, cynku, kobaltu, srebra, złota, diamentów, manganu i uranu. Występują tu również obficie german, srebro, ołów, żelazo. Warto przede wszystkim zwrócić uwagę na dwa surowce: Pierwszym z nich jest miedź, której złoża ciągną się tzw. „Pasem Miedzianym” („Copperbelt”) aż do Zambii. W roku 1979 ówczesny Zair zajmował pierwsze miejsce w świecie pod względem wydobycia miedzi, które wynosiło wówczas 500 tys. ton rocznie. Drugim jest rzadko występujący kobalt. Kongo przez wiele lat zajmowało pierwsze miejsce w jego produkcji. Nawet obecnie, mimo opłakanej sytuacji, zajmuje drugie miejsce w świecie. Trzecim są z kolei diamenty, których DRK jest według niektórych źródeł czwartym w świecie nawiększym producentem. Kongo oprócz surowców posiada jeszcze znaczny potencjał hydroelektryczny, którego właściwa eksploatacja mogłaby uczynić z kraju „elektrownię” całej środkowej Afryki. Demokratyczna Republika Kongo posiada ponadto doskonałe warunki do rozwoju rolnictwa. Historia uczy jednak, że obfitość darów natury nie musi jednak pociągnąć za sobą ekonomicznej i politycznej pomyślności, często nawet wprost przeciwnie. Tak też było w przypadku Konga. Pierwszy raz okazało się to z całą jasnością w drugiej połowie XIX wieku gdy jego bogactwa – podówczas głównie kość słoniowa i kauczuk - przyciągnęły doń zachodnich kolonizatorów. Kongo uzyskał w swe posiadanie sprytny i energiczny król Belgii – Leopold II. Drobnymi krokami, pod pretekstem działań kulturalnych, naukowych i abolicyjnych, rozciągał swoje wpływy na tą krainę, umiejętnie rozgrywając animozje pomiędzy głównymi mocarstwami kolonialnymi. Celem zbadania wnętrza Czarnego Lądu i walki z niewolnictwem zwoływał geograficzne konferencje, zakładał towarzystwa naukowe, a wreszcie w powołał Międzynarodowego Towarzystwa Kongo. W 1878 roku przeciągnął nawet na swoją stronę znanego podróżnika Henry’ego Mortona Stanleya, który w czasie wypraw (finansowanych, rzecz jasna, przez króla Leopolda) podpisywał z władcami afrykańskimi układy o uznaniu zwierzchnictwa Międzynarodowego Towarzystwa Kongo. Konferencja berlińska (1884-1885 r.) zaakceptowała te podboje, uznając Leopolda II za suwerena tzw. Wolnego Państwa Kongo, połączonego unią personalną z Belgią. W 1908 roku Leopold scedował Kongo i od tego momentu stało się ono oficjalnie kolonią belgijską pod nazwą Kongo Belgijskie. Za rządów Leopolda II eksploatacja surowców i ludności Konga przybrała szokujące nawet jak na ówczesne standardy rozmiary. Częstą praktyką było np. wydawanie tubylcom nakazów corocznego dostarczania odpowiednich kontyngentów kauczuku i kości słoniowej. W razie opóźnień do wiosek wysyłano zazwyczaj ekspedycje karne tzw. „askarisów” (miejscowi w służbie belgijskiej), którzy nierzadko jako dowód swej interwencji przynosili ucięte ręce opornych… Lepopold II nie bez kozery uzyskał przydomek „rzeźnika z Kongo”, a Joseph Conrad nie bez powodu właśnie w Kongu umieścił akcję swej słynnej powieści „Jądro Ciemności”. Następnym razem bogactwa naturalne przyniosły Kongu serię nieszczęść w latach 60-tych XX wieku. W chaosie jaki zapanował po wycofaniu się belgijskich kolonizatorów (1960 r.) najbogatsza w surowce i najbardziej uprzemysłowiona z prowincji – Katanga – ogłosiła secesję, nie chcąc swymi bogactwami łożyć na rozwój biedniejszych części Konga. Przyniosło to trwającą dwa lata krwawą wojnę domową, zakończoną ostatecznie ponownym wcieleniem Katangi do Konga. Mimo to jeszcze dwukrotnie (1977 i 1978 r.) wybuchały tam powstania przeciwko władzy centralnej. Po opanowaniu chaosu pierwszych lat niepodległości, władzę w państwie (którego nazwę przemieniono na Zair) przejął generał Mobutu Sese Seko. Rządził nim dyktatorsko przez ponad 30 lat, a lata te zapisały się w historii Zairu jako okres terroru i niewyobrażalnej wprost korupcji. Mobutu rządził z poparciem zachodnich państw (które wspierał w zimnowojennej rywalizacji) i zachodnich koncernów (którym udzielał lukratywnych kontraktów na wydobycie surowców), wzbogacając kilkuset przyjaciół, popleczników, krewnych – i rzecz jasna samego siebie. Jego protektorzy przymykali na to oko, a zwykli mieszkańcy Zairu żyli w tym tak teoretycznie bogatym kraju w potwornej nędzy. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść…
|