Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Korea Północna: mały kraj, duży problem Obamy


29 październik 2009
A A A

Wydawać by się mogło, że małe państwo gdzieś w dalekiej Azji, posiadające marginalny potencjał gospodarczy oraz przestarzałą armię, nie może stanowić problemu dla nowego przywódcy największego światowego mocarstwa. Nic bardziej mylnego.
Korea Północna, bo o niej mowa jest paradoksalnie jednym z największych problemów, z którymi od pierwszych dni swojej prezydentury musi mierzyć się Barack Obama. Państwo to jest archaicznym przykładem komunistycznego stylu sprawowania władzy w kraju, a więc czymś z czym Stany Zjednoczone usilnie walczyły przez czterdzieści lat Zimnej Wojny. Na domiar złego posiada ono narzędzia, które odpowiednio użyte mogą napsuć sporo krwi politykom zarówno w Białym Domu jak i większości krajów azjatyckich.

Reżim w Phenianie, który od wielu dekad nieprzerwanie dzierży władzę w Korei Północnej był i zapewne przez jeszcze długi czas będzie nie lada kłopotem dla amerykańskiej dyplomacji stanowiąc jednocześnie prawdziwy sprawdzian jej siły oraz możliwości budowania trwałych koalicji wielonarodowych. Bowiem to właśnie problem północnokoreańskiego programu atomowego, który niechybnie zmierza do uczynienia z tego komunistycznego państwa jednego z najniebezpieczniejszych graczy na arenie międzynarodowej jest polem na którym od wielu już lat Amerykanie starają się odnieść sukces.

Barack Obama w trakcie swojej kampanii wyborczej zapowiadał, że zdystansuje się od swojego poprzednika, Geroge’a W. Busha w stylu prowadzenia polityki międzynarodowej. Nie miał w tym miejscu na myśli jedynie sojuszników Stanów Zjednoczonych, ale również, a może przede wszystkim te kraje, które stanowią zagrożenie dla społeczności międzynarodowej. Z pewnością Korea Północna zalicza się do tej grupy państw.

Wydawać by się jednak mogło, że temat północnokoreańskich zbrojeń nuklearnych nie był głównym motywem przewodnim polityki zagranicznej prowadzonej przez administrację Obamy. Od samego początku jego prezydentury to raczej Iran był głównym celem amerykańskich zabiegów dyplomatycznych i to na tym państwie skupiali swoją uwagę urzędnicy w Białym Domu. Wszystko zmieniło się jednak wiosną tego roku, gdy Phenian zdecydował się na przetestowanie jednej ze swoich rakiet dalekiego zasięgu. Jej odpalenie miało miejsce wraz z początkiem kwietnia i z momentalnie zostało skrytykowane przez społeczność międzynarodową z Organizacją Narodów Zjednoczonych na czele.

Taka reakcja świata doprowadziła do tego, czego spodziewała się większość ekspertów i znawców tematu – Koreańczycy w odpowiedzi zdecydowali się zakończyć cykl tzw. Rozmów Sześciostronnych, prowadzonych od sierpnia 2003 roku. W wyniku tego posunięcia Waszyngton stracił jedno z głównych narzędzi nacisku na Phenian oraz argument przemawiający za potrzebą formowania międzynarodowej koalicji nakierowanej w przeciwdziałanie koreańskim planom rozwoju swojego potencjału nuklearnego.

Co więcej, Korea Północna posunęła się jeszcze dalej i zdecydowała się na wydalenie inspektorów Międzynawowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) ze swojego ośrodka nuklearnego w Jongbion. Na dodatek, niedługo potem oświadczyła o wznowieniu produkcji wzbogaconego uranu, który mógłby zostać użyty zarówno do celów czysto cywilnych, jak i militarnych.

Rozpoczął się więc okres, w którym Stany Zjednoczone miały zdecydowanie ograniczone pole działania i mogły się głównie przyglądać koreański testom rakietowym oraz podziemnym próbom nuklearnym. Do jednej z nich doszło pod koniec maja 2009 roku. Była to już druga tego typu eksplozja ładunku jądrowego przeprowadzona przez Phenian. Do pierwszej doszło w 2006 roku i wówczas również wzbudziła falę protestów i potępienia ze strony społeczności międzynarodowej.

W tej sytuacji Amerykanie postanowili zdać się bardziej na wpływy państw bezpośrednio zagrożonych ewentualnym atakiem nuklearnych ze strony Korei Północnej. Barack Obama zdecydował się przenieść główny ciężar obowiązków na władze w Seulu i Tokio. W ten sposób chciał zapewne wspomóc amerykańskie wysiłki zmierzające do nakłonienia Phenianiu do powrotu na ścieżkę dialogu i współpracy ze społecznością międzynarodową. Ponadto nie ma wątpliwości, iż Korea Południowa i Tokio, w racji swojego bliskiego położenia względem komunistycznej Północny, miały o wiele lepiej rozbudowane siatki wywiadowcze, a co za tym idzie, znacznie szerszy dostęp do poufnych informacji oraz planów północnokoreańskich władz.

Starając się zmusić swoich sojuszników do większego zaangażowania w szukanie rozwiązań dla problemu trapiącego cały region, Stany Zjednoczone podejmowały wysiłki zmierzające do reaktywowania zarzuconego wiosną cyklu Rozmów Sześciostronnych. W tym celu Amerykanie starali się nakłonić pozostałe państwa zainteresowane ograniczeniem badań nukleranych Phenianu do aktywniejszego włączenia się w próby przekonania Koreańczyków o niekorzystnych konsekwencjach prowadzonej przez nich polityki.

W drugiej połowie roku nastąpił jednak pewien znaczący zwrot w działaniach podejmowanych przez komunistyczny reżim. Koreańczycy zaczęli kontaktować się z przedstawicielami administracji Baracka Obamy, próbując wybadać skłonność Amerykanów do podjęcia rozmów o charakterze bilateralnym. Można jedynie podejrzewać, iż wpływ na taką nagłą zmianę podejścia Phenianu do kwestii swojego programu nuklearnego mógł mieć kryzys gospodarczy, który jeszcze bardziej pogłębił zacofanie i stagnację koreańskiej gospodarki dodatkowo obłożonej sankcjami ekonomicznymi przez ONZ.

Próby podjęcia takich rozmów przez Waszyngton przejawiały się chociażby w postaci sierpniowej wizyty byłego prezydenta USA Billa Clintona w Phenianie. Oficjalnie Clinton pojechał tam, aby przyczynić się do uwolnienia dwóch amerykańskich dziennikarek, przetrzymywanych przez Koreańczyków pod zarzutem szpiegostwa. Liczne publikacje prasowe dotyczące tej wizyty każą jednak sądzić, iż miała ona również drugie dno. O wiele ważniejsze niż los dwóch dziennikarek. Wielu ekspertów dopatruje się w niej [wizycie] chęci pokazania reżimowi, iż Stany Zjednoczone godzą się na nową formułę negocjacji bilateralnych zaproponowaną przez północnokoreańskie władze.

Wydaje się, że Barack Obama jeszcze długo będzie musiał zmagać się z problemem w postaci koreańskiego reżimu. Za pewne nie raz Phenian zdecyduje się na gwałtowną zmianę prowadzonej przez siebie polityki, czyniąc proces negocjacyjny jeszcze mniej przewidywalnym, za to bardziej rozciągniętym w czasie. Decyzje podejmowane przez amerykańską administrację są z pewnością realizacją przedwyborczych zapowiedzi Obamy, niemniej jednak o ich skuteczności będzie można się przekonaćdopiero za jakiś czas.