|
Stany Zjednoczone mogą doczekać się pierwszego czarnoskórego prezydenta lub pierwszej w historii kobiety na tym stanowisku. Do Białego Domu może wprowadzić się charyzmatyczny burmistrz Nowego Yorku z 11 września albo bohater wojny wietnamskiej. W każdym przypadku przyszłoroczne wybory prezydenckie w USA będą bezprecedensowym, przełomowym wydarzeniem. REKLAMA
Strona 1 z 2 Barack Obama, Hilary Clinton, John McCain, Rudolf Giuliani. Jeśli wierzyć sondażom, prawdopodobnie ktoś z tej czwórki obejmie w listopadzie 2008 roku urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Choć do wyborów zostało półtora roku, kandydaci od dawna prowadzą już swoje kampanie. Ich pierwszy etap to walka o partyjną nominacje – od stycznia 2008 roku rozpoczynają się prawybory, które wyłonią dwóch ostatecznych pretendentów do prezydenckiego fotela. Zanim więc dojdzie do bezpośredniej konfrontacji Republikanie –Demokraci, kandydatów czeka walka w obrębie własnych partii. Obama będzie więc konkurował z Hilary Clinton (oraz Johnem Edwardsem i być może Alem Gorem), a McCaina czeka rywalizacja z Giulianim (i faworytami prawego skrzydła partii republikańskiej Samem Brownbackiem i Newtem Gingrichem). W wyborach mogą tez oczywiście startować kandydaci niezależni, których nie dotyczy partyjna rywalizacja. Być może takim kandydatem zostanie następca Giulianiego na stanowisku burmistrza Nowego Jorku, Michael Bloomberg. Prowadząca w sondażach czwórka to niewątpliwie zbiór ciekawych osobowości i godnych siebie przeciwników. Co już dziś można powiedzieć o ich szansach na prezydenturę? Kandydat ponad podziałami? To paradoks, ale gdy pojawia się pierwszy czarnoskóry kandydat na prezydenta, który ma realne szanse na zwycięstwo, afroamerykanie wola głosować na jego konkurentkę – Hilary Clinton. Barack Obama jest synem emigranta, jego przodkowie nie byli niewolnikami, w dodatku wychowany był przez białych i zdaniem wielu przejął ich sposób myślenia. Wszystko to działa na jego niekorzyść w oczach czarnoskórej społeczności. Zresztą Obama stara się prezentować nie jako „czarny kandydat”, ale raczej jako pierwszy kandydat ery „post rasowej” gdzie nie ma już większości rasowych, powszechne są mieszane małżeństwa, społeczeństwo staje się otwarte i wielokulturowe. Również w kwestiach ideologicznych Obama stara się przezwyciężać podziały. Ameryka poznała go w lipcu 2004 r., gdy podczas konwencji prezydenckiej Partii Demokratycznej w Bostonie wygłosił fenomenalne przemówienie. „Spece dzielą nasz kraj na stany czerwone i niebieskie: czerwone dla republikanów i niebieskie dla demokratów. Ja chcę im powiedzieć coś nowego. Wielbimy Boga w niebieskich stanach i nie chcemy, aby agenci federalni sprawdzali, co czytamy w czerwonych stanach. Są patrioci przeciwni wojnie w Iraku i są patrioci, którzy ją wspierają. Jesteśmy jednym narodem.” – powiedział wtedy, zyskując tym wielkie uznanie. Potem bez problemu wygrał wybory do Senatu. Mimo tak ugodowej postawy jako jedyny z głównych kandydatów od początku sprzeciwiał się wojnie w Iraku. Obecnie uważa, że w tej sprawie pozostały „tylko złe wyjścia”, zaś wycofanie wojsk amerykańskich będzie najmniejszym złem. Inna sprawa, że nie musi teraz odpowiadać na trudne pytanie o głosowanie na jesieni 2002 roku na temat użycia siły w Iraku, bo po prostu nie był wtedy senatorem. Gdyby w najbliższych wyborach Amerykanie chcieli zagłosować na kogoś stanowiącego największe przeciwieństwo obecnego prezydenta, niewątpliwie wybraliby Obamę. Czarnoskóry demokrata, od początku przeciwny wojnie, nie pochodzący z bogatej rodziny o politycznych tradycjach, lecz będący jakby ucieleśnieniem „amerykańskiego snu”, charyzmatyczny, elokwentny i bezpośredni. Doszedł na szczyt dzięki własnemu talentowi i pracy. Zresztą właśnie życiorys tego kandydata może najbardziej przemawiać na jego korzyść Jak mówi amerykański politolog prof. Green: „Ludzie poznali historię syna czarnoskórego emigranta z Kenii i białej córki farmera z Kansas, który wychował się w Indonezji, wykształcił dzięki stypendiom na Harvardzie. A potem, zamiast iść zarabiać setki tysięcy dolarów w wielkiej kancelarii prawnej, wolał jako pracownik socjalny pomagać biednym na ulicach miasta. To naprawdę urzekająca zwykłych ludzi historia, o której inni kandydaci na prezydenta mogą tylko pomarzyć.” Oponenci wypominają jednak Obamie niewielkie doświadczenie w krajowej polityce. Czarnoskóry kandydat ma na koncie jedynie dwa lata pracy w Senacie. Poza tym w porównaniu do Hilary Clinton Obama ma bardziej ograniczone środki na kampanie i mniejszy sztab ludzi pracujących na jego sukces, co może okazać się decydujące. "The Clintons” Barak Obama konsekwentnie używa tego zwrotu w odniesieniu do swojej rywalki, chcąc przekonać wyborców że Hillary Clinton to przede wszystkim "żona swego męża". (Nawiasem mówiąc znamy podobny przykład z naszej rodzimej polityki, kiedy taka gra słowna okazała się nieskuteczna...). Wydaje się, iż fakt, ze jest kobieta nie wpływa ani pozytywnie ani negatywnie na jej szanse w wyborach. Postrzegana jest przede wszystkim jako wytrawny polityk z dużym doświadczeniem, główna doradczyni swojego męża. Jesienią 2002 roku głosowała "tak" w sprawie rezolucji Senatu USA zezwalającej prezydentowi na użycie siły wobec Iraku. Nie przyznała, że był to błąd, nie przeprosiła też za tamtą decyzję. Jest za to ostro krytykowana. Ma zresztą największy tzw. „elektorat negatywny”. Jako senator z dotkniętego zamachami z 11 września Nowego Yorku, opowiada się za twardym kursem wobec Iranu i Korei Północnej i bezwzględnym traktowaniem terrorystów. Ma lewicowe poglądy, uważa, że bogatsi powinni brać na siebie większe ciężary, by pomagać biedniejszym. Jest przeciwko tolerowaniu nielegalnej imigracji, krytykuje firmy za zatrudnianie nielegalnych emigrantów.
|