|
Trwają dyplomatyczne manewry, ludzie podtykają urzędnikom dokumenty myśląc, że może przez nich uda im się załatwić i pchnąć dalej swoje sprawy. Świat jakby żywcem przeniesiony z Czechowa lub Gogola. Nieprzyjemny, wrogi i złośliwy. REKLAMA
Strona 1 z 2 Taszkent. lato 2006 roku. Któryś z kolei dzień staram się zarejestrować w urzędzie. Ale coś nie mam szczęścia. Albo kierownik gdzieś wyjechał albo święto narodowe... Cholera mnie bierze, ale zaciskam zęby i stoję. Nie mam jednak innego wyjścia. To administracyjny obowiązek – mający na terenach byłego sojuza długą tradycję. Nie przez przypadek w połowie lat 60-tych w Związku Radzieckiego opowiadano taki dowcip.
„Wania i Iwan pojechali do Paryża. Po pewnym czasie zapragnęli odwiedzić inne francuskie miasta. Udali się więc do merostwa po zgodę na opuszczenie miasta. W urzędzie wszyscy są zdziwieni tą nietypową prośbą. U nas pozwolenia na wyjazd nie trzeba – odpowiadają. Rosjanie jednak nie dowierzają. Wania w pewnym momencie nie wytrzymuje i mówi do Iwana. Patrz 20 lat po wojnie, a tu wciąż taki bardak…”
W Uzbekistanie – byłej radzieckiej republice – bardaku nie ma, a system kontroli nad społeczeństwem ma się dobrze. Stare sowieckie przepisy w naturalny sposób wkomponowały się w nową rzeczywistość. Jedną z nich jest obowiązek rejestracji. To prawdziwy koszmar. Urzędniczy bieg z przeszkodami. Wypełnianie druków, ankiet, formularzy oraz godziny bezsensownego oczekiwania na decyzję. Rejestracją zajmuje się uzbeckie MSW i specjalne powołane do tego jednostki terenowe tzw. OWIR-y (oddział wiz i rejestracji).
OWIR i jego okolice
Siedziba OWIRu w Taszkencie to niski 2 piętrowy dom, z odrapaną elewacją. Farba z tynkiem odpada płatami jak od osoby chorującej na egzotyczną chorobę skóry. Przed skromnym wejściem od podwórza, tłoczą się urzędnicy. Palą papierosy, zabijają wlokące się godziny pracy. Zresztą za 100 dolarów oficjalnej zapłaty trudno wymagać od nich zaangażowania i entuzjazmu. Z drugiej strony odnosi się wrażenie, że do pracy tego urzędu, wystarczyłoby ich 2 razy mniej ludzi. Jest to sposób w jaki władze Uzbekistanu zmagają się z bezrobociem.
Wejście do urzędu robi fatalne wrażenie. Zamiast trawnika - spalona ziemia, z której gdzie niegdzie wyrastają kępki na wpół ususzonych roślin. Zaś niedaleko straszy połamany stół, przy którym stoją całkowicie zdezelowane krzesła. Prawdziwe atrakcje kryją się jednak w rogu podwórza. Mieści się tam - pełniąca funkcję toalety - ceglana buda. Jest urządzona bezpretensjonalnie, prosto i surowo. W środku betonowa dziura. Obok zaś - jako dyskretna dekoracja - podarte gazety i walające się butelki. Klasyczny przykład uzbeckiego minimalizmu.
Wokół urzędu kwitnie cały biznes związany z OWIR-em. Pieczątki, zdjęcia, ksera. Wszystko - co zrozumiałe - 2 razy drożej niż w innych częściach Taszkentu. Po przeciwnej stronie ulicy, w podwórku znajduje się kasa urzędu. A właściwie blaszak wielkości kolektury totolotka. Obsługuje go niezwykle miła pani, która co prawda nic nie wie ale ma za to najpiękniejszy uśmiech w całym Uzbekistanie. Trochę mi jej szkoda. Na dworze jest +40 a ona smaży się w tej blaszanej budzie jak kurczak w piekarniku.
Wchodzę do OWIRu. W korytarzu nad okiennicą gniazdko uwił sobie ptak. Rozsiadł się wygodnie i z wysokości patrzy leniwie na kłębiący się poniżej tłumek petentów. Widać, że mieszka tu już długi czas i świetnie się wkomponował w powolny rytm pracy tego niezwykłego urzędu. Klap, klap, klap - słychać miarowy stukot antycznych maszyn do pisania. Przez uchylone drzwi widać jak biurka i regały uginają się pod ciężarem zakurzonych teczek. obok jakaś ruda biurwa pokazuje koleżance swoje nowe tipsy i fuka na petentów. To miejsce ma jeszcze inny wymiar. Atmosfera jak z Czechowa lub Kafki. Jakby ktoś wyszedł z jakiegoś pokoju i powiedział że mój proces już się zaczął wcale bym się nie zdziwił.
|