Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Strefa wiedzy Bezpieczeństwo Media a ludobójstwo w Rwandzie w 1994 r.

Media a ludobójstwo w Rwandzie w 1994 r.

11 czerwiec 2005
A A A

Nikt współcześnie nie zaprzeczy, że media w sposób trudny do przecenienia wpływają na rozwój i postępowanie zarówno indywidualnego człowieka, jak i całych zbiorowości społecznych. Ich ogromna rola w życiu społecznym przejawia się bowiem nie tylko poprzez dostarczanie informacji na skalę i w tempie wcześniej niewyobrażalnym, lecz przede wszystkim poprzez kształtowanie ludzkich upodobań i postaw. Media potrafią narzucić odbiorcy swój punkt widzenia, swoją interpretacje zachodzących zjawisk, są jednym z instrumentów władzy społecznej, narzędziem kontroli, zarządzania społecznego, mobilizacji. Nie wiele jest więc przesady w tak popularnie stosowanym wobec nich określeniu „czwarta władza”.

Oczywiście media mogą odgrywać (i bardzo często odgrywają) pozytywną rolę w życiu społecznym. Dostarczają swym odbiorcom rozrywki, informacji, nie do przecenienia jest też ich rola edukacyjna. Stymulują poza tym rozwój kultury, zarówno w jej aspekcie symbolicznym, artystycznym jak obyczajowym. W moim tekście chciałbym się jednak skupić na „ciemnych aspektach” roli mediów w społeczeństwie, a dokładnie na jednym, nie tak starej daty przypadku, w którym środki masowego przekazu wykorzystano do przeprowadzenia jednej z najbardziej barbarzyńskich rzezi XX wieku. Ludobójstwo dokonane w 1994 r. w środkowoafrykańskiej Rwandzie na ponad 900 tys. przedstawicielach mniejszościowego plemienia Tutsi, pokazuje jak łatwo manipulowane w zbrodniczych celach media mogą stać się destrukcyjną bronią. Ten konkretny przypadek pokazuje również, jak łatwo niepełny i zniekształcony przekaz informacji może uśpić sumienie świata.

Tło historyczne

Rwanda ze względu na swe położenie geograficzne często bywa nazywana „Tybetem Afryki”. Ze względu na swoją niewielką atrakcyjność gospodarczą, położona 1500 km w głąb kontynentu, otoczona wysokimi górami, bez żadnych surowców naturalnych, nigdy nie była strategicznym celem dla kolonizatorów.

Specyfika Rwandy przejawiała się w odziedziczonym jeszcze z czasów przedkolonialnych, feudalnym systemie kastowym. Na szczycie hierarchii stała ok. 15% mniejszość z plemienia Tutsi – hodowcy bydła, a zarazem najbardziej wykształcona część społeczeństwa, stanowiąca jego niekwestionowaną elitę. Podlegli im byli rolnicy z plemienia Hutu – ok. 85 % populacji. Między Tutsi a Hutu panowały zawsze stosunki wasalne. Dopiero wiek XX rozbudził konflikty wewnętrzne i przyciągnął nowe z poza granic kraju. W Rwandzie rozpoczęła się walka o ziemię. Najgęściej zaludnione na czarnym kontynencie państewko stało się za małe by utrzymać na jałowych ziemiach rozrastające się stada krów. Hutu byli więc rugowani ze swoich pól. W dodatku obawiający się rozwoju czarnego nacjonalizmu belgijscy kolonizatorzy, zgodnie z zasadą „dziel i rządź” zaczęli rozgrywać przeciwko sobie oba plemienia. Sytuacja ta utrzymała się po odzyskaniu przez Rwandę niepodległości. Władzę przejęli wtedy Hutu, którzy wprowadzili zasadę numerus clausus w urzędach i na uniwersytetach. Tutsi mogli stanowić nie więcej niż 10 proc. studentów i urzędników. Mimo to utrzymali oni swą dominację w życiu gospodarczym i intelektualnym państwa. Cały czas trwała też mała cicha wojna pomiędzy władzą Hutu, a tymi Tutsimi, którzy po przegranej w 1959 r. wojnie domowej schronili się w sąsiedniej Ugandzie.

Wydarzeniem, które stało się przysłowiową iskrą na beczkę prochu była śmierć prezydenta Rwandy generała Habyarimana w dniu 6 kwietnia 1994 r. Ktoś – do dziś nie wiadomo kto – zestrzelił rosyjską rakietą Strieła samolot, którym generał wracał z Tanzanii razem z prezydentem Burundi Cyprianem Ntaryamirą. Pół godziny później jego współpracownicy z plemienia Hutu dali sygnał do rozpoczęcia czystki etnicznej. W ciągu trzech miesięcy, przy całkowitej obojętności świata wymordowano w nieopisanie brutalny sposób 937 tys. Tutsich i umiarkowanych Hutu. Rzeź przerwała dopiero ofensywa armii partyzanckiej Tutsich z sąsiedniej Ugandy, która pokonała oprawców i przejęła władzę w państwie.

Rwandyjskie media i ich rola w nakręcaniu spirali zbrodni

Najbardziej przerażające w rwandyjskim ludobójstwie z 1994 r. jest to, że dokonała go nie tylko wąska, dobrze zorganizowana grupa oprawców, lecz wspomagał ją przy tym nieomal cały naród ogarnięty swoistym szałem zabijania. Co sprawiło, że tysiące zwykłych ludzi porzuciło swe codzienne zajęcia by rozpocząć mordowanie swych sąsiadów, kuzynów, kolegów z pracy, a w rodzinach mieszanych nawet współmałżonków i dzieci ? Znaczącą rolę odegrała tu agresywna i skuteczna propaganda sączona przez rwandyjskie media.

W 1990 roku rebelianci Tutsi skupieni wokół Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego (RPF) coraz bardziej zagrażali władzy prezydenta Habyarimany, który po prawie dwóch dekadach sprawowania rządów gwałtownie tracił popularność. Aby zachować władzę generał zainicjował masową kampanię nienawiści i strachu opierającą się na podziale "my" nazywając tak siebie i Hutu oraz "oni" – czyli Tutsi i wszyscy inni ideologiczni "wspólnicy wroga".

{mospagebreak} 

Najgłośniejszą rolę w tej operacji odegrało formalnie prywatne, lecz w rzeczywistości ściśle powiązane z reżimem „Radio Television Libre des Mille Collins” (RTLM) - „Radio tysiąca wzgórz”. Radio to rozpoczęło nadawanie w lipcu 1993 r. i rychło zdobyło sobie ogromną popularność. Wynikało to przede wszystkim z faktu, iż było ono prawdziwym novum w świecie rwandyjskich mediów. „Radio tysiąca wzgórz” było bowiem pierwszym rwandyjskim medium, które przyjęło zachodni styl prowadzenia audycji. Radio miało charakter interaktywny - słuchacze mogli się na żywo wypowiedzieć na antenie. Styl podawania informacji i prowadzenia programów był bardzo swobodny, a do słuchaczy starano się zwracać prostym i zrozumiałym językiem. Dużą część ramówki wypełniała muzyka – zarówno najnowsze zachodnie hity jak i przeboje lokalnych wykonawców. Radio jako swoją docelową grupę słuchaczy traktowało przede wszystkim młodych mężczyzn, którzy stali się później trzonem komand egzekucyjnych Hutu.

Wszystko to było jedynie środkiem do osiągnięcia podstawowego celu – zindoktrynowania słuchaczy w duchu nieubłaganej nienawiści do wszystkich Tutsich. „Radio tysiąca wzgórz” posługiwało się tu dwiema podstawowymi metodami:

  • Wzbudzaniem w słuchaczach „syndromu oblężonej twierdzy”. Radio cały czas podgrzewało ono napięcie polityczne przekonując słuchaczy, że wszyscy Hutu w Rwandzie są w stanie permanentnego zagrożenia. Przesadnie akcentowano i demonizowano rebeliancki ruch RPF, z którym mieli jakoby współpracować wszyscy Tutsi w Rwandzie. Inwazję sił RPF określano jako nieuchronną, a ustalenie jakiegokolwiek modus vivendi z plemieniem Tutsi za niemożliwe. Straszono przy tym, że w razie zwycięstwa Tutsi będą chcieli pomścić wszystkie krzywdy poniesione w poprzednich latach i w najlepszym wypadku obrócą ogół Hutu w niewolników. Dlatego wbijano nieustannie do głowy słuchaczom, że wszyscy Hutu jeśli chcą przetrwać muszą się zjednoczyć wokół rządu i być gotowymi na „uderzenie prewencyjne” przeciw Tutsim.
  • Demonizowaniem i dehumanizowaniem Tutsich w umysłach słuchaczy. W radiowej propagandzie członkowie tego plemienia byli przedstawiani jako istoty pobawione jakichkolwiek ludzkich cech, podstępne, złe i niebezpieczne. Na antenie „Radia tysiąca wzgórz” mówiąc o Tutsich używano niemal zawsze określenia „inyenzi” czyli „karaluchy”. Nasuwa to od razu skojarzenia z antyżydowską propagandą stosowaną przez nazistów. Cel był tu i tam ten sam – przedstawić ofiary jako istoty niższego rzędu – niebezpieczne, a zarazem żałosne, których zabijanie jest czymś nie tylko usprawiedliwionym ale i moralnie uzasadnionym.
  • W skierowanej przeciwko Tutsim propagandzie ważną rolę odgrywała muzyka. „Radio tysiąca wzgórz” z dużą częstotliwością puszczało przeboje barda ekstremistów Hutu (a zarazem jednego z założycieli radia) - Simona Bikindiego. Jego siejące nienawiść ballady, takie jak najsłynniejsza (o dość przewrotnym tytule) „Nienawidzę tych Hutu”, wpływały mocno na psychikę słuchaczy.

    Po rozpoczęciu rzezi, radio nadal podgrzewało nastroje głosząc hasła w stylu „Wszyscy Tutsi zginą. Znikną z powierzchni ziemi. Zniszczymy ich bronią. Powoli, powoli, powoli, zabijemy ich jak szczury”. Radio pełniło też rolę swoistego centrum informacyjnego dla oprawców, dzień i noc nadając dyrektywy - gdzie i ilu Tutsi ukrywa się w tym i tym miejscu. We wskazanym miejscu błyskawicznie pojawiali się mordercy. Audycje „Radia tysiąca wzgórz” odegrały znaczącą rolę w przeprowadzeniu mordu na 937 tysiącach ludzi. Nieliczni, którzy przeżyli masakry wspominali często, że oprawcy przybywali „z maczetą w jednej dłoni, a odbiornikiem radiowym w drugiej”

    Analogiczną, choć nieco mniej eksponowaną rolę pełniło państwowe „Radio Rwanda”. Stosowało ono podobne metody „prania mózgów” do wymienionych wcześniej w przypadku RTLM. Jego specjalnością były zwłaszcza historie o rzekomych spiskach i okrucieństwach dokonywanych przez Tutsich. Ze względu na swój bardziej oficjalny charakter nie zdobyło ono jednak takiej popularności jak „Radio tysiąca wzgórz”. Duży wpływ na jego mniejsze oddziaływanie miał również fakt, że w latach 1992-93 opozycja wymogła pewne złagodzenie podawanych w radiu treści. Dopiero po rozpoczęciu ludobójstwa „Radio Rwanda” całkowicie zrzuciło maskę i gorliwie wspomagało „Radio tysiąca wzgórz” w kierowaniu „oczyszczaniem” państwa z Tutsich.

    Zamykając temat radia warto wspomnieć, że obie stacje nadawały swe audycje w dwóch jezykach – francuskim i Kinyarwanda. Przy czym audycje w języku francuskim były z zasady mniej krwiożercze aby nie wzbudzić niepokoju zagranicznych słuchaczy.
    Ta ostrożność okazała się zresztą nieco przesadna. Propozycje zamknięcia stacji nawołujących do etnicznej czystki okazało się niemożliwe, gdyż amerykańscy prawnicy uznali to za pogwałcenie wolności słowa…

    „Radio tysiąca wzgórz” i „Radio Rwanda” nie były jedynymi mediami wzywającymi do mordu. Ogromną rolę w rozpętaniu kampanii nienawiści przeciwko Tutsim odegrała rządowa gazeta „Kangura” („Obudźcie się”). Jako pierwsza, bo już w 1990 r. zainicjowała ona agresywną kampanię prasową przeciwko Tutsim. Podobnie jak „Radio tysiąca wzgórz” posługiwała się ona metodą demonizowania i dehumanizowania Tutsich oraz wzbudzania wśród czytelników z plemienia Hutu poczucia permanentnego zagrożenia. Czyniono to zarówno za pośrednictwem tekstów jak i sugestywnych komiksów i karykatur. „Kangura” była zresztą swoistym pionierem w szerzeniu nienawiści – wiele schematów i trików propagandowych stosowanych później szeroko na antenie „Radia tysiąca wzgórz” wzięło swój początek z łam „Kangury”. Jej oryginalnym pomysłem było m.in. wydrukowanie tzw. „10 przykazań Hutu” wzywających de facto do rozprawy z Tutsimi.

    Niesławną działalność w/w mediów zakończyła przegrana wojna domowa, trakcie której Tutsi z RPF pokonali reżim Hutu i wyparli jego zwolenników poza terytorium Rwandy. Ich współodpowiedzialność za popełnione zbrodnie uznał Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy, skazując kilku dziennikarzy „Radia tysiąca wzgórz” na kary wieloletniego więzienia.

    {mospagebreak} 

    Błędy i przemilczenia mediów światowych

    Do dziś panuje powszechne przekonanie, że za obojętność świata wobec rwandyjskiego ludobójstwa należy winić cynizm wielkich mocarstw i nieudolność ONZ. Jest w tym niewątpliwie wiele racji, lecz zapomina się przy tym, że to również przeinaczenia i przemilczenia popełniane przez światowe media pomogły w dużym stopniu doprowadzić opinię publiczną do tego stanu.

    Podstawowym błędem popełnianym przez środki masowego przekazu było postrzeganie wydarzeń z 1994 r. jako kolejnej odsłony pełzającej wojny domowej pomiędzy Tutsi a Hutu, która trwała od 1959 r. Nie zauważono, że nastąpiła zasadnicza zmiana jakościowa – planowe i zorganizowane ludobójstwo na całym plemieniu. Dlatego też gdy 6 kwietnia 1994 nastąpiła erupcja przemocy, światowe media donosiły jedynie o wznowieniu wojny domowej w Rwandzie. 11 kwietnia londyński „Times” skomentował międzynarodowe wezwania o pokój pytaniem „ale właściwie kogo powinno się wezwać do wstrzymania ognia ?”. Zbrodnie popełniane przez Hutu oceniano raczej jako rozprawę z przeciwnikami politycznymi niż jako czystkę etniczną.

    Kolejnym błędem jaki wynikał z powyższego, była tendencja do przypisywania obu stronom równej odpowiedzialności za wybuch konfliktu. Istniała nawet na początku skłonność do przypisywania Tutsim większej winy, gdyż pamiętano, że to działania ich partyzantki spowodowały w 1990 r. zaostrzenie konfliktu. Dlatego też belgijski „De Standaard” donosił, że „Jest absolutnie pewne, że większość aktów przemocy popełniona została na obszarach kontrolowanych przez rebeliantów”. „Le Monde” i „Times” podawały z kolei, że wobec postępów rebeliantów miejscowi Hutu obawiają się zemsty ze strony Tutsich. 11 kwietnia Program 1 francuskiego radia donosił „Hutu polują na Tutsich w całym kraju i na odwrót”.

    Trzecim błędem było ocenianie sytuacji w Rwandzie jedynie z perspektywy stolicy Kigali, zamieszkiwanej przez zaledwie 4% ludności. Z jednej strony niosło to ze sobą tendencję do obniżania liczby ofiar, obliczanej po trzech dniach masakry na 8 tys. („New York Times”), a po dziesięciu dniach na 20 tys. („Guardian”). Podawano też tak kuriozalne informacje jak te z drugiej dekady kwietnia, mówiące że fala przemocy opada („Le Monde” i „Guardian”). Było w tym coś upiornego, gdyż właśnie w owych dniach akcja ludobójcza miała swoje apogeum.

    Pierwsze w miarę oddające powagę sytuacji doniesienia, media światowe zaczęły podawać dopiero po ok. trzech tygodniach od rozpoczęcia masakry. W tym czasie nie żyło już ok. 250 tys. Tutsich…

    Można wyliczyć kilka czynników, które najbardziej wpłynęły na błędną ocenę sytuacji w Rwandzie przez zagraniczne media:

  • W ciągu pierwszego tygodnia od wybuchu przemocy większość obcokrajowców, w tym zagraniczni dziennikarze zostali wywiezieni z Rwandy przez wojska belgijskie. Informacje jakie docierały do najważniejszych światowych redakcji były więc niejasne i nieliczne.
  • W owym czasie trwała zwycięska ofensywa partyzantki Tutsich na stolicę. Naturalną tendencją było patrzenie na jej postępy z większą uwagą i dedukcja, że to ona a nie upadający reżim będzie w większym stopniu skłonna do rozpoczęcia rzezi.
  • Nawet eksperci od spraw afrykańskich i działacze organizacji humanitarnych nie docenili powagi sytuacji i zbyt późno dostrzegli, że w Rwandzie trwa ludobójstwo. Wiedzieli o tym jedynie nieliczni poinformowani w rządach wielkich mocarstw, lecz z przyczyn, których opis nie jest celem tej pracy, zachowywali oni tą wiedzę dla siebie.
  • Rwanda – mały, pozbawiony gospodarczego i strategicznego znaczenia kraj, który niewielu mieszkańców Zachodu byłoby w stanie pokazać na mapie, nie był na tyle ważny by światowa prasa poświeciła mu choć taką uwagę jak odbywającym się równocześnie pierwszym wolnym wyborom prezydenckim w RPA.
  • Wnioski końcowe

    Ocena roli środków masowego przekazu w tragicznych wydarzeniach w Rwandzie w 1994 r. nie może wypaść pozytywnie. Rwandyjskie media całkowicie sprzeniewierzyły się swej misji stając się tubą propagandową nawołującą do nienawiści i zbrodni. Następnie gdy rzeź już się rozpoczęła „Radio Rwanda” i „Radio tysiąca wzgórz” stały się narzędziem, za pośrednictwem którego przywódcy Hutu kierowali machiną ludobójstwa.

    Zawiodły również media światowe, które nie wywiązały się z misji dostarczania dokładnych i wiarygodnych informacji. Przez blisko trzy tygodnie karmiły one opinię publiczną eufemistycznymi i niedokładnymi doniesieniami przyczyniając się w ten sposób do opóźnienia światowej reakcji na „ostatnie ludobójstwo XX wieku”.

    Z drugiej jednak strony nie należy też zbytnio demonizować roli jaką odegrały media w rwandyjskiej tragedii. Jak słusznie zauważono, większość ofiar ludobójstwa została zamordowana przez paramilitarną milicję „Interahamwe” i armię rządową - a więc ludzi, którzy zapewne i tak wzięli by udział w mordzie bez względu na skuteczność propagandy „Kangury” czy „Radia tysiąca wzgórz”. Nie istnieją wiarygodne raporty, które mogłyby udowodnić tezę, że propaganda odegrała decydującą rolę w popchnięciu „zwykłych” Hutu do ludobójstwa. Zdania specjalistów są w tej mierze wciąż podzielone. Rwandyjskie media były niewątpliwie integralną częścią machiny ludobójstwa, lecz na pewno nie odgrywały w niej dominującej roli i nie one spowodowały tragedię.

    Z podobną ostrożnością trzeba też potraktować rolę mediów światowych w uśpieniu sumienia opinii publicznej. Ich wina nie ulega wątpliwości, lecz jeszcze większa leży po stronie wielkich tego świata, którzy przymknęli oczy na tragedię ze względu na swą niechęć do zaangażowania w nic nie znaczącym regionie (USA) lub geopolityczne interesy (Francja). Poza tym rozmiarów ludobójstwa nie docenili też zazwyczaj lepiej poinformowani od dziennikarzy eksperci i członkowie organizacji humanitarnych.

    Czy dzisiaj media zdałyby podobny egzamin na lepszą ocenę ? Patrząc na obojętność światowych mediów wobec tragedii sudańskiego Darfuru czy Demokratycznej Republiki Konga trudno z czystym sumieniem odpowiedzieć twierdząco na to pytanie…

    Bibliografia:

    Ryszard Kapuściński – „Heban”

    Alan J. Kuperman – „How the media missed Rwandan genocide” („International press report No.1/2000”)

    Kristen Landreville – „Hate media suport Rwandan genocide“

    Tygodnik „Polityka” 15/2004

    „Stosunki Międzynarodowe” 04/2004

    Oraz dane z zasobów:

    BBC

    „Human Rights Watch”

    www.internews.org.