Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Krzysztof Chaczko: Szymon Peres - wieczny przegrany

Krzysztof Chaczko: Szymon Peres - wieczny przegrany

06 lipiec 2007
A A A

Niecały miesiąc temu Szymon Peres został wybrany nowym prezydentem Izraela. Według niektórych komentatorów, jest to ukoronowanie wspaniałej kariery tego sędziwego już polityka. Jednak patrząc na drogę polityczną Peresa z innej perspektywy, ukaże się on jako wieczny przegrany, postać która nie potrafiła w odpowiednim czasie zejść ze sceny politycznej – co jak wiadomo, jest największym błędem politycznym. Rodzi się więc pytanie: czy urząd prezydenta Izraela, jest ukoronowaniem kariery Peresa, czy może nieudaną próbą ratowania prestiżu polityka, który wszelkimi sposobami broni się przed emeryturą?

Porażka numer 1: Proces pokojowy

S. Peres częstokroć utożsamiany bywa z procesem pokojowym na Bliskim Wschodzie - i jest to zupełnie zrozumiałe. Wraz z Icchakiem Rabinem podpisał w 1993 roku porozumienie z Organizacją Wyzwolenia Palestyny. Rok później w glorii odebrał wraz z Rabinem i Jaserem Arafatem Pokojową Nagrodę Nobla. Miał to być przełom w stosunkach palestyńsko-izraelskich, i pierwszy krok do unormowania sytuacji bliskowschodniej. Zresztą sam Peres tworzył wizję owych nowych, pokojowych stosunków, którą skrzętnie wyłożył z książce ,,Nowy Bliski Wschód”.

Tylko cóż z tego zostało? Pomijając fakt, iż przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla Arafatowi, zakrawa o paradoks, to z pokojowej wizji Peresa zostały tylko wspomnienia. Mało tego, utworzenie Autonomii Palestyńskiej nie tylko nie przybliżyło pokoju na Bliskim Wschodzie, ale wręcz z czasem zaogniło stosunki między Palestyńczykami a Izraelem. Nasilające się ataki terrorystyczne na Żydów i militarne odpowiedzi Izraela, posłały pokojową wizję Peresa do lamusa. Autonomia Palestyńska okazała się wylęgarnią terrorystów i skrajnie islamskich ruchów narodowych, których jedynym celem jest zniszczenie Izraela. Bez wątpienia Peres błędnie ocenił zdolności negocjacyjne, możliwości i chęci strony palestyńskiej. Jeśli za życiowy cel stawiał sobie unormowanie stosunków Izraela z Palestyńczykami – a można odnieść wrażenie, iż tak właśnie było – to przegrał na całej linii. Niestety.

Patrząc z perspektywy historycznej, o wiele istotniejszym wydarzeniem na Bliskim Wschodzie, było podpisanie przez prawicowego (!) polityka Menachema Begina układu pokojowego z Egiptem w 1979 roku. Izraelskie powiedzenie sugeruje, iż  ,,Nie ma wojny bez Egiptu i nie ma pokoju bez Syrii”. Od czasu tego historycznego wydarzenia, Izraela nie został zaatakowany formalnie przez żaden sąsiedni kraj, choć sam interweniował – np. dwa razy w Libanie. Idąc raz jeszcze tropem powyższego powiedzenia, wydaje się, iż kluczem do pokoju w tym rejonie jest unormowanie stosunków Izraela z Syrią. Choć dziś karkołomna wydaje się próba porozumienia na linii Jerozolima-Damaszek, to warto zauważyć, iż podobnie rzecz wyglądała trzydzieści lat temu na linii Jerozolima-Kair.
Wracając zaś do objęcia urzędu prezydenta Izraela przez Peresa, to nasuwa się konkluzja, iż jeśli polityk ten wciąż marzy – co już raczej zakrawa o naiwność – o własnym projekcie pokoju na Bliskim Wschodzie, to bez dwóch zdań, nie służy temu urząd prezydenta. W typowym reżimie parlamentarnym – a taki obowiązuje w Izraelu – prezydent (pochodzący z parlamentu, w przeciwieństwie np. do Polski), nie ma praktycznie nic do powiedzenia. Jest to funkcja czysto symboliczna, pozostałość po sentymentach monarchicznych, gdzie głowa państwa symbolizowała jedność narodu i państwa. Przy czym, za sprawą poprzedniego prezydenta Mosze Kacawa, prestiż tej i tak raczej małoznaczącej funkcji osłabł na potęgę.
Pytanie: po co więc Peresowi prezydentura?

Porażka numer 2: Partia Pracy

Może to zabrzmi nieco nonsensownie, ale w swojej macierzystej partii S. Peres nigdy nie grał ,,pierwszych skrzypiec”. Mówiąc inaczej, jego sytuację w tym ugrupowaniu można sprowadzić do zdania ,,nawet jak był pierwszy to był drugi”. Oczywiście, obejmował funkcję przewodniczącego Partii Pracy, aczkolwiek zawsze w decydujących momentach doznawał porażki.

Przewodnictwo w Partii Pracy zaczął mało optymistycznie: gdy w roku 1977 objął ster władzy w tym ugrupowaniu pierwszy raz w historii Izraela przegrało ono wybory, oddając władzę prawicowej partii Likud. W 1992 roku przegrał batalię o stanowisko szefa swojej partii z Icchakiem Rabinem. Po zamordowaniu Rabina na krótko wrócił na stanowisko lidera laburzystów (co dało mu możliwość ubiegania się o fotel premiera w bezpośrednich wyborach). Ale dalej było już tylko gorzej.

W 1997 roku ster Patrii Pracy trafił w ręce Ehuda Baraka a następnie Benjamina Ben-Eliezera. W rywalizacji z tymi politykami Peres nie miał szans. Wreszcie powrócił na stanowisko tymczasowego szefa partii w 2003 roku, by doznać ostatecznej porażki w walce z Amirem Peretzem w 2005 roku. Wydaje się, iż to był gwóźdź do trumny politycznej kariery Szymona Peresa w Partii Pracy. Zaraz po tym, sędziwy polityk na dobre pożegnał się z ugrupowaniem, z którym związany był od początku istnienia Izraela.

Nie był to jednak pierwszy rozbrat ze swoją ,,ukochaną” partią. W połowie lat 60., wraz ze swoim mentorem Davidem Ben-Gurionem współtworzył ugrupowanie Rafi, które szybciej zniknęło w sceny politycznej niż się na niej pojawiło. Później Peres wrócił do Partii Pracy, by  po 40 latach znów się z nią pożegnać. Po porażce z Peretzem  postanowił bowiem przyłączyć się do centrowego ugrupowania Ariela Sharona pod nazwą Kadima. Jednak i tu nie grał pierwszorzędnej roli, nawet po niespodziewanym wylewie założyciela i lidera tej partii.

Czemu więc służyły ów polityczne roszady? Jedna z interpretacji może sugerować frustrację S. Peresa sytuacją w Partii Pracy, gdzie nie potrafił przekonać większość członków co do swojej osoby. Żaden rozsądny polityk nie opuszcza partii w której się realizuje i czuje się mocny.
Inna interpretacja może sugerować typowy koniunkturalizm, gdyż Peres opuszczał swoje ugrupowanie zawsze przed zbliżającymi się wyborami. W przypadku partii Rafii scenariusz się nie powiódł, ale z Kadimą już było o wiele lepiej, gdyż ta partia wybrała wybory. Oczywiście, Peres nie został premierem, ale przypadła mu funkcja wice-premiera i otwarta droga do prezydentury. Patrząc z tej perspektywy, mało prawdopodobne jest, iż Peres otrzymał by fotel prezydenta Izraela nie przyłączając się do Kadimy. Rozbrat z Partią Pracy okazał się więc drogą do prezydentury. Pozostaje jednak pytanie czy było warto?

Porażka numer 3: stanowisko premiera
 
Tutaj sytuacja wygląda podobnie jak i losy Peresa w Partii Pracy. Jeśli już obejmował funkcje szefa państwa, to nie było to – by użyć kolokwializmu - ,,pełnokrwista”, mocna i w pełni uznana pozycja. Pierwszy raz Peres został premierem w 1984 roku. Pełnił funkcję zaledwie przez dwa lata, gdyż umowa tworząca rząd jedności narodowej, składający się z Partii Pracy i Likud, była tak sformułowana, iż przez dwa lata funkcje premiera dzierżyła osoba z Partii Pracy a przez dwa kolejne z Likud. Gabinet tworzony przez dwie największe ugrupowania, okazał się jednak mało wyrazisty i został określony mianem ,,rządów nierządzenia”.
Peres objął ponownie stanowisko premiera w dosyć niefortunnych i tragicznych wydarzeniach. Mianowicie, po zamordowaniu premiera Rabina, to właśnie jemu na rok przypadł fotel po zastrzelonym polityku. Rok później, czyli w 1996 roku, pierwszy raz w Izraelu odbyły się bezpośrednie wybory premiera. Ten polityczno-wyborczy eksperyment liczony w skali światowej, okazał się dla Peresa fatalnym rozwiązaniem. Co prawda jego partia wygrała wybory parlamentarne, ale głosowanie na urząd premiera wygrał Benjamin ,,Bibi” Netaniahu. Było to niewątpliwym ciosem dla Peresa, gdyż nie udało mu się przekonać większości społeczeństwa izraelskiego do swojej osoby. Od tej pory już nigdy nie był tak blisko najważniejszej funkcji w państwie. Postawił więc na stanowisko prezydenta … i ponownie przegrał.

Porażka numer 4: stanowisko prezydenta

W 2000 roku, Peres wystawił swoja kandydaturę na stanowisko prezydenta Izraela. Funkcja ta – jak pisałem wyżej – marginalna i symboliczna, zależna jest od układu w Knessecie, gdyż to parlament większością głosów, decyduje o obsadzie tego stanowiska. Prezydenci Izraela – może poza Chaimem Weizmannem – nigdy nie byli głównymi postaciami izraelskiej sceny politycznej. Liczne ograniczenia tej funkcji, także nie sprzyjają budowaniu silnej pozycji politycznej. Była to raczej swoista polityczna emerytura, aczkolwiek nie pozbawiona prestiżu.

Jednak do czasu. W 2000 roku, o stanowisko to ubiegali się członek najsilniejszej partii w Knessecie – Peres, oraz kandydat Likud - Mosze Kacaw. Zupełnie niespodziewanie, większość deputowanych, wybrało mało znanego, sefardyjskiego polityka z Likud, upokarzając tym samym jednego z najbardziej znanych izraelskich polityków w świecie.

Siedmioletnia kadencja Kacawa, zakończyła się kompromitacją, zarówno osoby jak i urzędu. Po oskarżeniu o molestowanie seksualne, prezydent Kacaw podał się do dymisji, zostawiając po sobie niesmak i obrzydzenie. W połowie 2007 roku, Knesset ponownie wybierał prezydenta Izraela, spośród trzech kandydatów: Reuvena Rivlina z Likud, Colette Avital z Partii Pracy oraz ponownie Peresa – tym razem z Kadimy. Co ciekawe, po pierwszej turze głosowania, dwoje pierwszych kandydatów zrezygnowało z ubiegania się o fotel prezydenta, zostawiając samego Peresa na polu walki, który tym samym zgarnął ponad 80 głosów (na 120). Czy pokonanie tak nieznaczących postaci i zebranie w samotnej potyczce zaledwie 22 głosy ponad większość, można odczytywać za ukoronowanie kariery? Szczerze wątpię.

Po co więc Szymonowi Peresowi urząd prezydenta? By wpisać się na karty historii? Peres już dawno to zrobił, choćby jako laureat Nobla. By odbudować prestiż tej nadszarpniętej przez poprzednika instytucji? Ale czy wiecznie przegrany polityk jest odpowiednią osobą do tego zadania? A może to tylko desperacki krok osoby, która już od dłuższego czasu nie może znaleźć własnego miejsca na izraelskiej scenie politycznej?

Bibliografia:
A. Arian, The Second Republic: Politics in Israel, Chatham 1998;
A. Chojnowski, J. Tomaszewski,  Izrael, Warszawa 2001;
A. Diskin, The Last Days in Israel: Understanding the New Israeli Democracy, London 2003;
G. S. Mahler, Kneset: Parlament w systemie politycznym Izraela, Warszawa 1996;
G. S. Mahler, Politics and Government in Israel. The Maturation of a Modern State, Lanham 2004;
S. Peres, Nowy Bliski Wschód, Warszawa 1995;
S. Peres, Podróż sentymentalna z Teodorem Herzlem, Warszawa 2002;
,,Haaretz”; ,,Jerusalem Post”.

Porażka numer 1: Proces pokojowy

S. Peres częstokroć utożsamiany bywa z procesem pokojowym na Bliskim Wschodzie - i jest to zupełnie zrozumiałe. Wraz z Icchakiem Rabinem podpisał w 1993 roku porozumienie z Organizacją Wyzwolenia Palestyny. Rok później w glorii odebrał wraz z Rabinem i Jaserem Arafatem Pokojową Nagrodę Nobla. Miał to być przełom w stosunkach palestyńsko-izraelskich, i pierwszy krok do unormowania sytuacji bliskowschodniej. Zresztą sam Peres tworzył wizję owych nowych, pokojowych stosunków, którą skrzętnie wyłożył z książce ,,Nowy Bliski Wschód”.

Tylko cóż z tego zostało? Pomijając fakt, iż przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla Arafatowi, zakrawa o paradoks, to z pokojowej wizji Peresa zostały tylko wspomnienia. Mało tego, utworzenie Autonomii Palestyńskiej nie tylko nie przybliżyło pokoju na Bliskim Wschodzie, ale wręcz z czasem zaogniło stosunki między Palestyńczykami a Izraelem. Nasilające się ataki terrorystyczne na Żydów i militarne odpowiedzi Izraela, posłały pokojową wizję Peresa do lamusa. Autonomia Palestyńska okazała się wylęgarnią terrorystów i skrajnie islamskich ruchów narodowych, których jedynym celem jest zniszczenie Izraela. Bez wątpienia Peres błędnie ocenił zdolności negocjacyjne, możliwości i chęci strony palestyńskiej. Jeśli za życiowy cel stawiał sobie unormowanie stosunków Izraela z Palestyńczykami – a można odnieść wrażenie, iż tak właśnie było – to przegrał na całej linii. Niestety.

Patrząc z perspektywy historycznej, o wiele istotniejszym wydarzeniem na Bliskim Wschodzie, było podpisanie przez prawicowego (!) polityka Menachema Begina układu pokojowego z Egiptem w 1979 roku. Izraelskie powiedzenie sugeruje, iż  ,,Nie ma wojny bez Egiptu i nie ma pokoju bez Syrii”. Od czasu tego historycznego wydarzenia, Izraela nie został zaatakowany formalnie przez żaden sąsiedni kraj, choć sam interweniował – np. dwa razy w Libanie. Idąc raz jeszcze tropem powyższego powiedzenia, wydaje się, iż kluczem do pokoju w tym rejonie jest unormowanie stosunków Izraela z Syrią. Choć dziś karkołomna wydaje się próba porozumienia na linii Jerozolima-Damaszek, to warto zauważyć, iż podobnie rzecz wyglądała trzydzieści lat temu na linii Jerozolima-Kair.
Wracając zaś do objęcia urzędu prezydenta Izraela przez Peresa, to nasuwa się konkluzja, iż jeśli polityk ten wciąż marzy – co już raczej zakrawa o naiwność – o własnym projekcie pokoju na Bliskim Wschodzie, to bez dwóch zdań, nie służy temu urząd prezydenta. W typowym reżimie parlamentarnym – a taki obowiązuje w Izraelu – prezydent (pochodzący z parlamentu, w przeciwieństwie np. do Polski), nie ma praktycznie nic do powiedzenia. Jest to funkcja czysto symboliczna, pozostałość po sentymentach monarchicznych, gdzie głowa państwa symbolizowała jedność narodu i państwa. Przy czym, za sprawą poprzedniego prezydenta Mosze Kacawa, prestiż tej i tak raczej małoznaczącej funkcji osłabł na potęgę.
Pytanie: po co więc Peresowi prezydentura?

Porażka numer 2: Partia Pracy

Może to zabrzmi nieco nonsensownie, ale w swojej macierzystej partii S. Peres nigdy nie grał ,,pierwszych skrzypiec”. Mówiąc inaczej, jego sytuację w tym ugrupowaniu można sprowadzić do zdania ,,nawet jak był pierwszy to był drugi”. Oczywiście, obejmował funkcję przewodniczącego Partii Pracy, aczkolwiek zawsze w decydujących momentach doznawał porażki.

Przewodnictwo w Partii Pracy zaczął mało optymistycznie: gdy w roku 1977 objął ster władzy w tym ugrupowaniu pierwszy raz w historii Izraela przegrało ono wybory, oddając władzę prawicowej partii Likud. W 1992 roku przegrał batalię o stanowisko szefa swojej partii z Icchakiem Rabinem. Po zamordowaniu Rabina na krótko wrócił na stanowisko lidera laburzystów (co dało mu możliwość ubiegania się o fotel premiera w bezpośrednich wyborach). Ale dalej było już tylko gorzej.

W 1997 roku ster Patrii Pracy trafił w ręce Ehuda Baraka a następnie Benjamina Ben-Eliezera. W rywalizacji z tymi politykami Peres nie miał szans. Wreszcie powrócił na stanowisko tymczasowego szefa partii w 2003 roku, by doznać ostatecznej porażki w walce z Amirem Peretzem w 2005 roku. Wydaje się, iż to był gwóźdź do trumny politycznej kariery Szymona Peresa w Partii Pracy. Zaraz po tym, sędziwy polityk na dobre pożegnał się z ugrupowaniem, z którym związany był od początku istnienia Izraela.

Nie był to jednak pierwszy rozbrat ze swoją ,,ukochaną” partią. W połowie lat 60., wraz ze swoim mentorem Davidem Ben-Gurionem współtworzył ugrupowanie Rafi, które szybciej zniknęło w sceny politycznej niż się na niej pojawiło. Później Peres wrócił do Partii Pracy, by  po 40 latach znów się z nią pożegnać. Po porażce z Peretzem  postanowił bowiem przyłączyć się do centrowego ugrupowania Ariela Sharona pod nazwą Kadima. Jednak i tu nie grał pierwszorzędnej roli, nawet po niespodziewanym wylewie założyciela i lidera tej partii.

Czemu więc służyły ów polityczne roszady? Jedna z interpretacji może sugerować frustrację S. Peresa sytuacją w Partii Pracy, gdzie nie potrafił przekonać większość członków co do swojej osoby. Żaden rozsądny polityk nie opuszcza partii w której się realizuje i czuje się mocny.
Inna interpretacja może sugerować typowy koniunkturalizm, gdyż Peres opuszczał swoje ugrupowanie zawsze przed zbliżającymi się wyborami. W przypadku partii Rafii scenariusz się nie powiódł, ale z Kadimą już było o wiele lepiej, gdyż ta partia wybrała wybory. Oczywiście, Peres nie został premierem, ale przypadła mu funkcja wice-premiera i otwarta droga do prezydentury. Patrząc z tej perspektywy, mało prawdopodobne jest, iż Peres otrzymał by fotel prezydenta Izraela nie przyłączając się do Kadimy. Rozbrat z Partią Pracy okazał się więc drogą do prezydentury. Pozostaje jednak pytanie czy było warto?

Porażka numer 3: stanowisko premiera
 
Tutaj sytuacja wygląda podobnie jak i losy Peresa w Partii Pracy. Jeśli już obejmował funkcje szefa państwa, to nie było to – by użyć kolokwializmu - ,,pełnokrwista”, mocna i w pełni uznana pozycja. Pierwszy raz Peres został premierem w 1984 roku. Pełnił funkcję zaledwie przez dwa lata, gdyż umowa tworząca rząd jedności narodowej, składający się z Partii Pracy i Likud, była tak sformułowana, iż przez dwa lata funkcje premiera dzierżyła osoba z Partii Pracy a przez dwa kolejne z Likud. Gabinet tworzony przez dwie największe ugrupowania, okazał się jednak mało wyrazisty i został określony mianem ,,rządów nierządzenia”.
Peres objął ponownie stanowisko premiera w dosyć niefortunnych i tragicznych wydarzeniach. Mianowicie, po zamordowaniu premiera Rabina, to właśnie jemu na rok przypadł fotel po zastrzelonym polityku. Rok później, czyli w 1996 roku, pierwszy raz w Izraelu odbyły się bezpośrednie wybory premiera. Ten polityczno-wyborczy eksperyment liczony w skali światowej, okazał się dla Peresa fatalnym rozwiązaniem. Co prawda jego partia wygrała wybory parlamentarne, ale głosowanie na urząd premiera wygrał Benjamin ,,Bibi” Netaniahu. Było to niewątpliwym ciosem dla Peresa, gdyż nie udało mu się przekonać większości społeczeństwa izraelskiego do swojej osoby. Od tej pory już nigdy nie był tak blisko najważniejszej funkcji w państwie. Postawił więc na stanowisko prezydenta … i ponownie przegrał.

Porażka numer 4: stanowisko prezydenta

W 2000 roku, Peres wystawił swoja kandydaturę na stanowisko prezydenta Izraela. Funkcja ta – jak pisałem wyżej – marginalna i symboliczna, zależna jest od układu w Knessecie, gdyż to parlament większością głosów, decyduje o obsadzie tego stanowiska. Prezydenci Izraela – może poza Chaimem Weizmannem – nigdy nie byli głównymi postaciami izraelskiej sceny politycznej. Liczne ograniczenia tej funkcji, także nie sprzyjają budowaniu silnej pozycji politycznej. Była to raczej swoista polityczna emerytura, aczkolwiek nie pozbawiona prestiżu.

Jednak do czasu. W 2000 roku, o stanowisko to ubiegali się członek najsilniejszej partii w Knessecie – Peres, oraz kandydat Likud - Mosze Kacaw. Zupełnie niespodziewanie, większość deputowanych, wybrało mało znanego, sefardyjskiego polityka z Likud, upokarzając tym samym jednego z najbardziej znanych izraelskich polityków w świecie.

Siedmioletnia kadencja Kacawa, zakończyła się kompromitacją, zarówno osoby jak i urzędu. Po oskarżeniu o molestowanie seksualne, prezydent Kacaw podał się do dymisji, zostawiając po sobie niesmak i obrzydzenie. W połowie 2007 roku, Knesset ponownie wybierał prezydenta Izraela, spośród trzech kandydatów: Reuvena Rivlina z Likud, Colette Avital z Partii Pracy oraz ponownie Peresa – tym razem z Kadimy. Co ciekawe, po pierwszej turze głosowania, dwoje pierwszych kandydatów zrezygnowało z ubiegania się o fotel prezydenta, zostawiając samego Peresa na polu walki, który tym samym zgarnął ponad 80 głosów (na 120). Czy pokonanie tak nieznaczących postaci i zebranie w samotnej potyczce zaledwie 22 głosy ponad większość, można odczytywać za ukoronowanie kariery? Szczerze wątpię.

Po co więc Szymonowi Peresowi urząd prezydenta? By wpisać się na karty historii? Peres już dawno to zrobił, choćby jako laureat Nobla. By odbudować prestiż tej nadszarpniętej przez poprzednika instytucji? Ale czy wiecznie przegrany polityk jest odpowiednią osobą do tego zadania? A może to tylko desperacki krok osoby, która już od dłuższego czasu nie może znaleźć własnego miejsca na izraelskiej scenie politycznej?

Bibliografia:
A. Arian, The Second Republic: Politics in Israel, Chatham 1998;
A. Chojnowski, J. Tomaszewski,  Izrael, Warszawa 2001;
A. Diskin, The Last Days in Israel: Understanding the New Israeli Democracy, London 2003;
G. S. Mahler, Kneset: Parlament w systemie politycznym Izraela, Warszawa 1996;
G. S. Mahler, Politics and Government in Israel. The Maturation of a Modern State, Lanham 2004;
S. Peres, Nowy Bliski Wschód, Warszawa 1995;
S. Peres, Podróż sentymentalna z Teodorem Herzlem, Warszawa 2002;
,,Haaretz”; ,,Jerusalem Post”.