Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Kongijczycy niechętni ruandyjskiej pomocy

22 styczeń 2009
A A A
Joseph Kabila, prezydent Demokratycznej Republiki Kongo, jest powszechnie krytykowany za nieskonsultowanie z parlamentem zgody na wkroczenie ruandyjskich wojsk na terytorium kraju. Obecność znienawidzonych Ruandyjczyków budzi też wątpliwości wśród zwykłych obywateli. Granicę z DR Kongo przekroczyło od wtorku blisko 4 tysiące ruandyjskich żołnierzy. Mają oni pomóc kongijskiej armii w rozprawie z ukrywającymi się na pograniczu rebeliantami z plemienia Hutu (pochodzącymi notabene z Rwandy). „Zwróciliśmy się z oficjalną prośbą do ruandyjskiej armii o udział w operacji rozbrajającej” mówił we wtorek kongijski minister informacji, Lambert Mende Omalanga. Ruandyjczycy mają pełnić rolę obserwatorów i nie brać udziału w walkach.
Image
Ruandyjscy żołnierze (cc.) flickr


Prezydenta najgłośniej za tą decyzję krytykuje przewodniczący parlamentu, Vital Kamerhe. Kabila nie skonsultował bowiem z parlamentem zaproszenia ruandyjskich wojsk do udziału w operacji przeciwko FDLR („Demokratyczne Siły Wyzwoleńcze Rwandy”). Co więcej, wcześniej zapewniał że Ruandyjczycy zapewnią operacji tylko logistyczne i wywiadowcze wsparcie, nie stawiając stopy na kongijskiej ziemi.

Zdaniem Kamerhe obecność ruandyjskiej armii przyniesie więcej kłopotów niż pożytku. Co więcej obawia się on powtórki sytuacji z północnego Kongo gdzie od połowy grudnia trwa bardzo podobna międzynarodowa operacja przeciwko ukrywającym się tam ugandyjskim rebeliantom z Armii Bożego Oporu (LRA). Mimo skierowania w region znacznych sił wojskowych bojownicy LRA unikają walki i w zamian mszczą się na niewinnych cywilach, wycinając w pień całe wioski. „Nie możemy nauczyć się najpierw czegoś z porażki zanim zaczniemy nową operację?” pyta Kamerhe.

Abstrahując od kwestii politycznych sama obecność Ruandyjczyków na terytorium DR Kongo budzi wśród obywateli tego kraju wielkie emocje. W ciągu ostatnich piętnastu lat Rwanda dwukrotnie (1996 i 1998) dokonała inwazji na Demokratyczną Republikę Kongo, co doprowadziło do wybuchu krwawej wojny domowej z udziałem żołnierzy z ośmiu sąsiednich państw. Efektem była wojna „wszystkich ze wszystkimi”, kompletna dewastacja kraju i blisko 5 milionów ofiar. Co więcej, w ostatnich miesiącach rząd w Kinszasie bez przerwy oskarżał Rwandę o inspirowanie i wspieranie rebelii, którą generał Laurent Nkunda wywołał w Północnym Kivu.
Image
Bojownicy FLDR (cc.) flickr


Nic więc dziwnego, że zwykli obywatele nie rozumieją tej nagłej zmiany sojuszy. „Dlaczego nasze władze wezwały Ruandyjczyków, którzy stoją za wszystkim co dzieje się w Kivu. Czy zapomniały o mordach i gwałtach jakich dopuszczali się na kongijskiej ziemi?” – takie słowa często padają z ust indagowanych przez dziennikarzy mieszkańców Kinszasy i dobrze oddają stan ducha wielu Kongijczyków.

Operacja w Północnym Kivu jest jednak zdaniem rządu niezbędna. Obecność bojowników Hutu na terytorium Konga (większość z nich to byli żołnierze ruandyjskiej armii oraz członkowie paramilitarnych bojówek „Interahamwe”, odpowiedzialni za ludobójstwo dokonane w Rwandzie w 1994 r.) jest przyczyną stałego napięcia na linii Kinszasa-Kigali i dwukrotnie spowodowała ruandyjską inwazję na ten kraj. Co więcej działania FDLR są oficjalną przyczyną dla której zbuntowany generał Laurent Nkunda rozpoczął w sierpniu swą rebelię w prowincji Północne Kivu. Zdaniem Nkundy bojownicy Hutu prześladują jego rodaków Banyamulenge (kongijski odłam plemienia Tutsi), a rząd nic nie robi by się temu przeciwstawić.

Teraz ruandyjskie i kongijskie oddziały bez problemu wchodzą na tereny opanowane przez bojowników Nkundy. Image

Oficjalnie rząd w Kinszasie głosi, że spróbuje skłonić bojowników FLDR do dobrowolnego rozbrojenia się i powrotu do Rwandy. Mało kto jednak wierzy by bojownicy Hutu (z których wielu splamiło się udziałem w ludobójstwie z 1994 r.) dobrowolnie się poddali.

W środę kongijska armia nie wpuściła na teren operacji oenzetowskich „błękitnych hełmów”. Nie mogą się tam również dostać dziennikarze i pracownicy organizacji humanitarnych.

Na podstawie: news.bbc.co.uk, mg.co.za