Już kilka dziesięcioleci jesteśmy świadkami waśni żydowsko – arabskiej na Bliskim Wschodzie. Jednak są elementy konfliktu, które w swej istocie nie zmieniły się od 1948 roku.
Na 18 dni przed zakończeniem kampanii wyborczej w USA świat uznał już Baracka Obamę za kolejnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Sam zainteresowany stara się jednak zachować dystans i apeluje o wyzbycie się przedwczesnego entuzjazmu.
Jeśli jakimś cudem Taro Aso uratuje przed upadkiem Partię Liberalno-Demokratyczną, stanie się wybawcą. Jeżeli jednak do tego nie dojdzie, historia zapamięta go, jako ostatniego, który zgasił światło.
Sztab Baracka Obamy pewnie już mrozi szampany – wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to właśnie Demokrata wprowadzi się wkrótce do Białego Domu. Czy możliwy jest jeszcze inny scenariusz?
W historii wolnego rynku kryzys był często zwiastunem nowej epoki. Gdy niedługo opadnie kurz będziemy już w zupełnie innej erze światowego kapitalizmu.
6 października rozpoczęła się w Afganistanie rejestracja wyborców, poprzedzająca wybory prezydenckie, przewidziane na sierpień/wrzesień przyszłego roku. Talibowie czym prędzej pospieszyli z zapewnieniem, że dołożą wszelkich starań by przygotowania do wyborów udaremnić.
Stosunki między Armenią a Iranem już od dłuższego czasu można uznać za dobre. Tegoroczny konflikt w Gruzji i wynikły w związku z nim kryzys paliwowy w Armenii stał się sprawdzianem dla tych relacji, który wypadł pomyślnie. Co dalej?
Mimo licznych sankcji gospodarczych narzuconych przez Zachód, Iran znacznie lepiej poradził sobie z trudnościami niż Irak pod rządami Saddama Husejna. Jedną z przyczyn jest pragmatyczne podejście władz Iranu do hasła „Ani Wschód, ani Zachód” i otwarcie się na Azję.
Zgodnie z zapowiedziami oddziały rosyjskie 10 października mają wycofać się z terenów Gruzji. Nie oznacza to jednak powrotu do stanu sprzed wybuchu konfliktu, tylko przeniesienie wojsk do Abchazji i Południowej Osetii, w których rozpoczęła się już budowa nowych baz.
