Po raz kolejny negocjacje toczone w cyklu rundy z Doha pozostają bez rezultatu. Czy doczekamy się kiedykolwiek ich zakończenia?
Ameryka to za mało. Barack Obama i John McCain, wyruszając w poszukiwaniu poparcia za granicą zapominają, że o tym, kto zamieszka w Białym Domu zadecydują nie rozkochane w nich miliony w Europie, Afryce czy Azji, ale ”zaledwie” 230 milionów Amerykanów.
Sukces dyplomatyczny kończący osiemnastomiesięczny okres niepokojów w Libanie, osiągnięty został dzięki włączeniu się w ten proces Kataru, w tym momencie jedynego mediatora na Bliskim Wschodzie posiadającego rzeczywistą zdolność negocjacyjną.
Budząca skrajne emocje interwencja w Iraku schodzi na drugi plan. Obama zarządził powrót do źródeł wojny z terrorem i wezwał McCaina do dyskusji o misji w Afganistanie.
Atmosfera wokół Islamskiej Republiki Iranu zagęszcza się regularnie przy każdych wyborach w Stanach Zjednoczonych. Jest to naturalne, zważywszy na panujące stosunki między IRI a USA. Nie znaczy to jednak, iż „cieplejszych” momentów w historii ich relacji nigdy nie było.
Dramatyczne wydarzenia, rozgrywające się w maju tego roku na ulicach Bejrutu i innych libańskich miast to kolejna odsłona głębokiego kryzysu politycznego, w jakim znajduje się Liban.
„Jeśli ty albo ktoś z twojej rodziny popełnił kiedykolwiek jakieś wykroczenie, jak choćby jazda bez zapiętych pasów, albo nadmierna szybkość, nie możesz brać udziału w wyborach prezydenckich”.
Po tym szczycie można wysnuć tylko jeden wniosek: niepotrzebne nam już G-8 - aby rozwiązywać problemy współczesnego świata konieczne jest G-13.
Barack Obama i John McCain gorączkowo szukają cudownego panaceum na problemy bezpieczeństwa narodowego. Tymczasem sami Amerykanie wcale nie czują się zagrożeni. Jedynym wrogiem, jakiemu ich zdaniem powinni stawić czoła politycy, jest recesja w gospodarce.

